Dzisiaj będzie o milczeniu, o moim milczeniu. Znowu zaczyna męczyć mnie moja własna cisza, której nie mogę przebić dźwiękiem własnego głosu. Wiem, to banalnie proste, zacząć mówić, a mi to zupełnie nie wychodzi. Czemu pisanie tak, czemu mówienie nie. Męczy mnie to od lat, może nie ciągle, ale zawsze wraca, to odczucie, że funkcjonuję inaczej niż reszta otaczającego społeczeństwa. Nie jestem nieśmiała. To już przerabiałem. Nigdy taka nie byłam. Nie różniłam się od innych dzieci. Moje zahamowania w dzieleniu się z innymi zwykłymi opowieściami o życiu zaczęły narastać wraz z tym jak mój dziecięcy umysł zrozumiał, że mówienie prawdy jest niewygodne i bycie szczerym i spontanicznym dzieckiem jest dla innych problematyczne. Myślę, że najbardziej paraliżowała niesprawiedliwa złość rodziców skierowana w moją stronę. Nie rozumiałam, czemu ich nieszczęśliwe życie musi być karą dla mnie. Nie wolno było mi nigdy mówić prawdy, przede wszystkim o swoim stanie psychicznym, choć to akurat łatwo dało się zauważyć. Miałam realne ataki paniki. Często płakałam tak bardzo ze strachu, czy żalu, że nie mogłam złapać tchu. Z czasem płakałam w ten sposób tylko w samotności, bo im byłam starsza tym bardziej było mi wstyd przed przyjaciółkami. Nie wiem, kiedy to minęło, ale tak właśnie się stało. Może to był tylko ciężki okres dojrzewania, a może minęło wraz z tym, jak postanowiłam zamknąć to wszystko w sobie. Nie mogłam mówić o wielu rzeczach związanych z moją rodziną, bo przecież nie wypadało, więc u nas zawsze wszystko było w porządku, choć nie było. Żeby nie kłamać wystarczyło o tym nie mówić, więc przestałam opowiadać o swojej rodzinie. Z czasem realny świat przestał mieć znaczenie, więc przestałam rozmawiać z innymi o wszystkim. Nikt nie lubi słuchać narzekań, więc nigdy nie narzekałam i aż uderza mnie, że gdy krwawię obolała i jestem dwa razy bardziej zmęczona, nigdy nie powiem o tym wprost, podczas gdy D. zawsze potrafi ponarzekać na swoje złe samopoczucie. Mi od zawsze “mówiono”, że nikt nie lubi marud. Nie trzeba mi było przekazywać nawet tego wprost, każdy artykuł czy głupi poradnik uświadamiał mi, że powinnam się zmienić, zmienić swoje pesymistyczne podejście, bo przecież nikt nigdy nie polubi mnie szczerze. Wtedy coś buntowało się we mnie, bo miałam nie narzekać, gdy mi ledwo chciało się przechodzić z jednego dnia w drugi z tym ciężkim sercem. Ale to święta prawda, codziennie słuchanie o nieszczęściach męczy, i nadawcę i odbiorcę, więc okazuje się, że gdy słyszę znowu marudzenie D. myślę, że mógłby dać już spokój. Z drugiej strony zazdroszczę mu po cichu, że potrafi dzielić się z innymi swoim stanem, albo jakby nigdy nic, nagle zacząć opowiadać o tym co robił wczoraj, albo co będzie robił w weekend. Mnie nauczono, że ból nie istnieje, a jeśli jest, to należy o nim milczeć, bo inni zawsze mają gorzej i boleśniej, co pewnie jest prawdą, ale też niesprawiedliwością, bo jakie to głupie porównywać się z innymi. Nikt nie lubi marud, więc nigdy nie opowiadam o swoim stanie fizycznym, a tym bardziej psychicznym. Nie potrafię opowiadać o ukochanych filmach, bo nie potrafię wyrazić słowami emocji, które kłębią się we mnie na wspomnienie tych ważnych seansów. Chciałabym, aby moje oczy rozświetlały się tak, aby inni wiedzieli, że choć nie potrafię mówić, to mam coś do przekazania. Nic z tego. Mój wzrok jest spuszczony. Naprawdę bywam na siebie zła, że nie umiem snuć opowieści, bo zapominam, że przeżyłam już tyle lat i powinnam mieć jakieś wspomnienia. Mgła przesłania mi wszystko co dobre. Nie opowiadam o znajomych, bo to nie na miejscu, i głupio tak dzielić się cudzym życiem. Nie lubię tego, nie lubię wykorzystać historii innych do zabawienia rozmówców. Nie rozmawiam o jedzeniu, bo połowa mnie nadal tkwi w zaburzeniach odżywiania. Nie opowiadam o tym co robiłam i co zamierzam zrobić, bo nikogo realnie to nie obchodzi. Nie potrafię zadawać pytań ludziom, bo nigdy nie wiem, czy przekraczam już granicę prywatności, czy jeszcze nie, więc ostatecznie nie ryzykuję. Nie opowiadam o moich uczuciach względem innych, bo nigdy nie chcę się narzucać, ani wywierać presji odwzajemnienia nawet czegoś tak prostego, jak radość na czyjś widok. Nie potrafię rozmawiać o banalnych tematach, nawet o tej głupiej pogodzie, bo przecież to najnudniejszy temat świata, chyba że jesteś meteorologiem i możesz powiedzieć coś więcej poza stwierdzeniem faktu, że świeci słońce. Tak, boli mnie zanudzanie innych i sztuczne podtrzymywanie rozmów. Może to fakt, że pracuję w miejscu, gdzie ludzie dużo rozmawiają i mają w sobie tę swobodę dzielenia się codziennością sprawia, że nagle moja pustka i milczenie pogłębiają moje przygnębienie wraz ze zderzeniem się z innym światem. Bo przecież mi samej nie przeszkadza to, że jestem ciszą. A może zaczynam się już martwić, że inni odbierają mnie jako nie tyle co zamkniętą w sobie osobę, ale wyniosłą ignorantkę. Stresuje mnie, gdy ktoś zaczyna rozmowę, a ja nie mam bladego pojęcie jak dalej pociągnąć temat i co wypada mi odpowiedzieć, a o czego nie. To wygląda tak, jakbym nieustannie się przejmowała i stresowała tym, że zaraz ktoś do mnie coś powie, a ja zostanę w sobie pustkę jak w szkole, gdy byłam wyrwana do odpowiedzi, a nie wiedziałam co powiedzieć i milczałam jak uparta bliska płaczu. Denerwowało mnie, że nauczyciele zawsze próbowali wyciągnąć ze mnie coś,czego tam nie było. Jeśli nie przyswoiłam wiedzy - nie nauczyłam się, to przecież wystarczyło postawić mi adekwatną ocenę, ale nie, nauczyciele byli okropni, ciągnęli za język, ale okazywało się, że nie mam języka. Szczerze, bywam zestresowana. Czasem siedzę i zaklinam rzeczywistość i proszę, abym jakimś cudem stała się niewidzialna. Nie chcę taka być, a jednak istnieje we mnie realna przeszkoda, czuję ją, ale nie potrafię przełamać. Jest to blokada, która nie pozwala mówić o życiu zwykłym i prostym, o tym co tu i teraz, nie potrafię powiedzieć, że znowu mam połamane paznokcie, że nie potrafię się wyspać, że mam wszędzie siniaki, że jestem niezadowolona, bo od dwóch tygodni nie mogę doprosić się o dzień wolny, aby zrobić durne zdjęcia do dowodu bo zaraz mi się skończy ważność, i że stresuje mnie fakt, że lada dzień mam urodziny i że nikt o tym nie będzie pamiętał. Zaczęłam ten wpis dramatycznie, ale im dalej brnę w te pokręcone przemyślenia, tym bardziej zdaję sobie sprawę z tego, że to bez sensu szukać przyczyny w pokrytej kurzem przeszłości. Nie wiem, czemu piszę długie rozprawy o niczym ważnym, a nie potrafię rozmawiać z ludźmi realnym głosem. Nie wiem, a chciałabym wiedzieć. Zwłaszcza, że to nie do końca prawda. Jest kilka osób, z którymi rozmawiam tak po prostu i bez stresu i zbędnego rozmyślania o tym, czy ta druga osoba potrzebuje tych wszystkich informacji, którymi ją zasypuję, czy jednak nie. Są ludzie, przy których czuje się zwyczajna i dobrze mi z tym, a jednak ci ludzie to nie moja codzienność, więc męczę się w swej codzienności. Męczy mnie świadomość tego, że moje milczenie nie wynika ze złych intencji, czy ignorowania kogoś, a jednak tak to właśnie wygląda, ale jak mam każdej osobie z osobna tłumaczyć, że mam taki dziwny problem. Głupio mi, ale im bardziej chcę mówić, tym bardziej milczą moje usta. Nie potrafię pociągnąć rozmowy. W mojej głowie odpowiadam od razu, moje usta nie poruszają się wcale. Wiem, że praktyka czyni mistrza. Powinnam praktykować, próbować i nie zniechęcać się, ale nie ma we mnie przekonania, że warto i że to ma sens. Próbowałam już tyle razy, a i tak cofam się za każdym razem. Jeden krok na przód i dwa w tył. Czy ktoś może mi powiedzieć, po co właściwie ludzie ze sobą rozmawiają? Po co dzielą się tym, co noszą w sobie? Jaki to ma sens? Kto chciałby usiąść przy mnie i wysłuchać, a nie tylko pytać co u mnie, a potem nie czekać na moją odpowiedź, ale streszczać pół własnego życia? Znowu marzy mi się ucieczka, zamknięcie ostateczne w sobie, takie na zawsze; nie odcięcie od świata, a odcięcie od siebie samej. Oglądałam ostatnio coś takiego jak vlive z zespołem i tam jedna z osób wyznała, że dopiero otaczający ją ludzie sprawili, że stała się bardziej otwarta, dodając banalnie, ale prawdziwie stwierdzenie, że wszystko wymaga czasu. A potem ta osoba wyznała, że ma atopię. Na początku przy każdym pojawieniu się w telewizji czy na scenie, strasznie próbowała to ukryć i spoglądała w lustro 50 razy dziennie, ta osoba, i nie nosiła koszulek z krótkim rękawem ani szortów, ale z czasem okazało się, że nie warto się tak męczyć, że ludzie tak naprawdę nie zwracają uwagi na takie rzeczy, bo są za bardzo skupieni na sobie. A blizny od drapania, one są i już, i trzeba ludziom mówić wprost o co chodzi i jak to jest, i tyle. Bo jeśli jest to coś, co jest częścią nas i naszego życia i nie da się tego zmienić, to nie warto ukrywać tego w stresie. Chyba dotknęło mnie to zbyt mocno. Takie proste prawdy uderzają najbardziej. Na studiach, gdy codziennie spędzałam czas ze znajomymi, byłam zupełnie inna, może bardziej zagubiona, ale bardziej otwarta, i nigdy nie było mi głupio dzielić się wszystkim, czym chciałam. Nie mam pojęcia, skąd wzięła mi się ta niechęć do mówienia, jakby coś zamykało mnie wbrew mnie, a ja nie wiem jak to zatrzymać. Czy kiedykolwiek rozwiążę tę zagadkę? Czy kiedykolwiek uda mi się wygrać z samą sobą? A może to musi skończyć się tak, że któregoś dnia wybuchnę i będzie po wszystkim? Jak to ze mną jest? Jak mówić? Czy ktoś zna odpowiedź na te pytania? Nie wiem, a może tu chodzi o to, że D. zbyt mocno przypomina mi o moim milczeniu, że od jakiegoś czasu jestem nieswoja, że to, że tamto, że pewnie znowu nic nie powiem. Może gdyby tak bardzo nie próbował analizować mojej obecności, sama przestałabym się skupiać na tym, że odbiegam od norm.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz