5.09.2018

1000.

Czy tylko mnie nie opuszcza wrażenie, że ten rok obfituje w niespodzianki, niekoniecznie pozytywne? Piszę tutaj tak dużo, że można oszaleć. Zawsze o pisaniu myślałam jak o formie terapii, ale już nawet i to nie pomaga. Nie wiem, co zrobić praktycznie ze wszystkim, czyli po prostu z życiem, a wiem, że nie mogę uciekać w nie myślenie poprzez odcinanie się od rzeczywistości, bo prędzej, czy później rzeczywistość zawsze zmusza do powrotu. Z drugiej strony mam wrażenie, że jak tak dalej pójdzie, a z tego myślenia nie wyniknie konkretne rozwiązanie, coś we mnie pęknie. Staram się trzymać, a to brzmi jakbym ledwo trzymała się czegokolwiek, ale to nie prawda, funkcjonuję tak od lat, jakby z przyłożonym pistoletem do głowy i wcale się nie boję tego, że wystrzeli, bo się, że nie wystrzeli. Od diagnozy sytuacja staje się napięta. Rodzina wariuje. Moja babcia od strony mamy, czyli teściowa mojego ojca, chce ciągać go po kościołach i nabożeństwach, jakby Bóg nie słuchał modlitwy w zaciszach domów. Jeszcze chwila i okaże się, że moja rodzina wymyśli lekarstwo na raka. Tymczasem moja mama, aby przekonać moje brata, który nigdy nie jest w stanie zawieść kogokolwiek gdziekolwiek, próbowała przekonać go tym, że ojciec zaraz umrze i to on, jako najstarszy syn w tej rodzinie będzie załatwiał sprawy związane z pogrzebem. Muszę przyznać, że to dość poważna groźba, ponieważ nikt w tym domu nie lubi załatwiać spraw urzędowych. Nie wiem, czemu wsysa to z nas energię, choć akurat czerpię przyjemność (to nie znaczy, że też lubię to robić) z załatwiania spraw według określonego schematu bez potrzeby wchodzenia na prywatny grunt. Włącza mi się wtedy dziwny filmowy nastrój. Nagle żyję jak inni, a jednak uczestniczę w czymś wyjątkowy. Mam wrażenie, że tym razem nie odegram tego pogrzebu. W ogóle okazało się, że lekarze prześwietlili mojego ojca tylko od szyi w górę; teraz planują prześwietlenie klatki piersiowej, co za zabawa, jakby nie mogli od razu prześwietlić go od góry do dołu, nie wiem, może u nas tak starają się ukryć brak miejsca w szpitalach i liczą, że po drodze ktoś umrze i będzie już za późno na leczenie i miejsca nie będzie musiało się znaleźć. A co robi mój ojciec? Tryska energią, od kiedy dostał silne leki przeciwbólowe i zachowuje się tak, jakby umieranie było frajdą. Zazdroszczę mu, nawet nie wiecie jak bardzo. Za każdym razem, gdy go tu widzę, coś we mnie drży ze złości. Chciałabym przypisać własnemu ojcu wszystkie swoje nieszczęścia, jakby jego winą było to, że jestem jaka jestem i nie potrafię porozumieć się z ważnymi dla mnie ludzi. Myślę, że często chcemy zwalić na kogoś winę, bo tak byłoby łatwiej, ale powiem wam coś, wina zawsze leży po naszej stronie i nie można całe życie usprawiedliwiać się nieszczęściami, które nam się przydarzyły. Więc to moja wina, a właściwie mojej wolnej woli, która tak jakby została zmanipulowana przez jeszcze nie wiem co, ale najprawdopodobniej przez wahania czegoś tam w mózgu i z tego wyszła niestabilność emocjonalna i tyle głupich słów, że chciałabym to odkręcić, ale nie mam pojęcie jak i męczę się strasznie. Jestem tak okropnie śpiąca, siedzę tu niewygodnie, chciałabym umyć już zęby, a nie potrafię oderwać się od krzesła i wstać, bo nikt jeszcze nie śpi, więc jak mam spać, to takie męczące, dochodzi dwudziesta trzecia, a moja matka odkurza, można zgłupieć. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie wierzę, iż tak wygląda mój tysięczny wpis, choć licząc te notki, które kiedyś skasowałam, chcący lub niechcący, to pewnie już tysiąc pięćsetny wpis. I żeby to świadczyło jeszcze o tym, że mam coś wartościowego do przekazania ludzkości, ale nie, nie mam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz