24.09.2018
1004.
Będzie to wpis z cyklu ból dupy na cały świat, ale znowu mi się nazbierało, a może zwyczajnie wyrastam na zgorzkniałą osobę. Moja cera wcale mnie nie lubi, choć może to nie wina cery samej w sobie, to wina hormonów i nigdy nie przestanę wspominać tych dobrych czasów, kiedy moje hormony zostały uśpione. Nie rozumiem, czemu wszyscy ludzie nie mogą mieć ładnej cery przez całe życie. Nie jest prawdą, że każdy jest wyjątkowy i nie rozumiem, jak ktoś może mówić, że jesteśmy atrakcyjni niezależnie od wszystkiego, a już na pewno przez swoją niepowtarzalną twarz, a Bóg nie popełnia błędów i stworzył nas pięknymi. Przepraszam, ale nie ma nic pięknego w twarzy z niedoskonałościami. Nie chcę nikogo urazić takim stwierdzeniem, odnosi się ono wyłącznie do mojej twarzy, o której istnieniu usilnie staram się zapomnieć. Dawno nie malowałam się podkładem innym niż mineralny, więc może czas zacząć, choć obawa, że to tylko pogorszy sprawę, skutecznie mnie przed tym powstrzymuje. Dwa lata temu przez dwa miesiące regularnie jadłam ostropest plamisty (który ma wpływ na gospodarkę hormonalną), a potem mój okres zniknął, ale nie wiem, czy miało to realne powiązanie, czy może później odkryta anemia. Jednak ostropest odstawiłam, okres wrócił, a anemia nie zniknęła, więc czemu nie spróbować od nowa. Chyba muszę, skoro paczuszka z ostropestem stoi w kuchni. W ogóle to głupie, ale od zeszłego roku straciłem pięć centymetrów w talii, a moja waga nie zmieniła się prawie wcale. Wygląda na to, że jazda rowerem dodała mi mięśni, więc patrzę na swoje grube nogi i chce mi się płakać. W odbiciach luster czy witrynach sklepów nie wyglądają jeszcze tak źle, ale na zdjęciach to tragedia. Łapię się na tym, że ciągle myślę o pakowaniu walizki na wyjazd. Chcę wziąć za dużo rzeczy, więc staram się wybić sobie z głowy wszystkie dodatkowe swetry, czy buty. Buty muszę wziąć jedne - nie mam wyjścia, nie potrzebuję więcej niż jednej pary butów na cztery dni, gdzie sumując ilość godzin spędzonych w podróży będzie równać się prawie jednemu dniu. Najważniejsze to wziąć ciepłe ubrania, więc wezmę same sukienki i spódnice z racji tego, że przez pracę w piwnicy nie miałam okazji do strojenia się. Oczywiście wystarczyłaby jedna sukienka i jedna spódnica, z którą można skomponować różną górę, więc czemu chcę wziąć aż trzy i dwie sukienki, jeśli to tylko cztery dni? Jestem przyzwyczajona, że strój wybieram w zależności od nastroju i pogody, a jak mam przewidzieć te obie rzeczy? Niesamowite, że posiadam tak wspaniały problem jak “co-spakować”. Skutecznie odciąga moje myśli od problemów realnych i spraw trudnych. Moja mała walizka, mój największy problem. Nie wspominałam o tym, ale niedawno moja przyjaciółka urodziła dziecko. Nie wiem, ile trwa okres, w którym jeszcze nie powinno wpadać się w odwiedziny, aby przynosić zarazków ze świata zewnętrznego, ani nie zakłócać i tak trudnych początków świeżo upieczonych rodziców, ale patrząc na ilość samochodów pojawiających się przed domem, mogłabym już wpaść. Jak to w zimne soboty, kiedy nie mogę wsiąść na rower, po pracy przyszło czekać mi ponad godzinę na autobus. Pech chciał, że utknęłam w sklepie, bo zaczęło lać, więc zaczęłam przeglądać ubranka i zabawki dla maluchów, bo pomyślałam, że może jednak odważę się na te trudne odwiedziny. Niestety nie potrafiłam podjąć decyzji. Wiem, że na pewno ma już wszystko, czego młode matki potrzebują, a poza tym w ogóle nie znam się na dzieciach, i czy powinnam kupić coś większego, skoro rosną szybko, czy może nic z ubranek. Wybór okazał się zbyt trudny. Podejmowanie decyzji jest dla mnie stresujące. Nigdy nie pozbędę się przekonania, że wszystko, o czym mogłam zdecydować było wyborem złym. Dziecko jej siostry zobaczyłam dopiero w tym roku, choć urodziło się w zeszłym, a nasze spotkanie było spontanicznie, więc nie byłam przygotowana. Potem widziałyśmy się jeszcze raz, a mi nie przyszło do głowy, aby kupić prezent. Życie nie opiera się na prezentach, wiem, ale za każdym razem myślę jak nisko spadałam w byciu przyjaciółką ogarnia mnie żal, tym większym, że moje chęci nigdy nie mogę znaleźć odzwierciedlenia w rzeczywistości. Jeśli kiedykolwiek wyobrażaliśmy sobie nasze dorosłe życie we trójkę, na pewno nie wyglądało ono w ten sposób. Chciałam być ekscentryczną ciocią, która gdy tylko wpada w odwiedziny robi się miło, głośno i wesoło. Wpadam z torbami pełnymi prezentów, wszystkich całuję i ściskam, a mój uśmiech i ciepły głos sprawiają, że wszyscy za mną tęsknią. Rzeczywistość jest okrutna. Nie potrafię taka być, bo stresuje mnie bycie, więc wolę nie być, udawać, że mnie to nie dotyczy i czasem zapłakać, że zawiodłam innych oraz siebie, że nie potrafię odnaleźć się w dorosłym życiu innych, bo nie przeżyłam jeszcze poprawnie swojego dzieciństwa. Próbuję zmienić to wszystko, ale niezależnie, jak mocno próbuję to nigdy nie wystarcza. Może naprawdę nie próbuję, może ciągle to kłamstwo, może wydaje mi się, że robię cokolwiek w kierunku zmiany na lepsze, a tymczasem nawet nie potrafię zebrać się w sobie i odwiedzić kogoś, kto zawdzięczam wiele w życiu. Mam wrażenie, że im starsza jestem, tym bardziej mój umysł jest oderwany od rzeczywistości, jakbym nie potrafiła żyć tu i teraz, jakbym żyła tylko przeszłością, która boli, bo odeszła i obawami, które niesie przyszłość. Ludzie boją się śmierci, a dla mnie to obraz ukojenia i przejście do świata bez tęsknot. Nie jestem chrześcijanką zbyt dobrze rozeznaną w swojej wierze pod względem teologicznym. Powinnam znać więcej faktów i teorii, więc ostatnio dowiedziałam się, że według Kościoła po śmierci nie jesteśmy już mężem/żoną, jeśli za życia zdecydowaliśmy się na to drogę. Nigdy o tym nie wiedziałam, ale to brzmi tak, jakby naprawdę po śmierci nie liczyło się już nic co ziemskie. Ciekawe, że przykładem zawsze jest nie gromadzenie skarbów, których nie weźmie się ze sobą po śmierci, tymczasem umierasz i nie jesteś już mężem czy żoną. Tutaj zostaje współmałżonek i nadal myśli o osobie zmarłej jaki kimś, kto zawsze będzie jej/jego, a tymczasem gdzieś w innej czasoprzestrzeni dusza jest wolna. Czy nie wynika tak z tego założenia, że po śmierci co zawiązane na Ziemi, w Niebie już nie ma racji bytu, bo tam rządzą się inne prawa. Teraz napiszę może najgłupszą rzecz, jaką tylko mogę, ale może chociaż po śmierci nam się uda, moja dłoń w twojej dłoni. (I zgadnijcie ile osób przeleciało mi teraz przez myśl. Jestem niepoprawna.) Prawda jest jedna taka, że jeśli Niebo istnieje i ostatecznie liczy się tylko Bóg, który rozjaśnia każdy mrok, moje serce nie będzie szukać już nikogo więcej. Boże, więc mogę już umrzeć, jeśli moje życie jest bezużyteczne i egoistyczne? Albo niech stanie się coś innego, bo jak widać umieranie mojego ojca nie wystarcza, aby moje sflaczałe serce wypełniło się miłością.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz