“Moje przyjaźnie są doskonale opracowane. Są kłamstwem tak świetnym, że - jak pisał La Rochefoucauld - grzechem byłoby w nie wątpić.”
Tak zaczyna się “Stan płynny” Grzegorza Musiała. Może nie do końca tak, bo jest jeszcze strona wcześniej, ale dzisiaj znowu zajrzałam do książki i pomyślałam sobie, że tak oto prezentują się moje przyjaźnie, jako wymysł mojej wyobraźni. Nagle stresuje mnie fakt, że wymyśliłam sobie tę moją małą, malusieńką podróż, aby udawać, że mam znajomych, których mogę odwiedzić i że z ludźmi nadal łączy mnie coś więcej niż przeszłość. Nagle ogarniają mnie wątpliwości. Po co właściwie tam jadę? Co mam mówić ludziom? Co będziemy robić? Czy nie czeka mnie tam kolejne rozczarowanie? Nadal pakuję w myślach moją walizkę i stwierdzam, że muszę wziąć drugie buty, a najchętniej wzięłabym wszystkie, jakie posiadam. Wymyśliłam sobie, że to musi być idealny wyjazd i z niepokojem obserwuję moją cerę, która wygląda tragicznie po ostatnim okresie. (Obserwuję, jakbym musiała się tam komukolwiek podobać, nawet ładna cera nie sprawi, że nagle stanę się ładna. W ogóle moja cera jest brzydka, bo wewnętrznie jestem zepsuta, więc jak mam mieć promienną twarz, jeśli moje myśli są ponure.) Martwię się, że wezmę za dużo, albo za mało ubrań, że będzie mi zimno, że pogoda nie dopisze i słońce nie wyjdzie nawet na chwilę, że spóźnię się na pociąg, albo zgubię się po drodze. Pytam siebie, czemu zdecydowałam się pojechać. Czekałam tak długo na tę podróż, tyle lat, a teraz wydaje się niepotrzebna i nawet zastanawiam się, czy nie lepiej było zostawić rzeczy, takimi jakie są - pourywane w przyszłości, ale z mimo wszystko dobrymi wspomnieniami - niż pojechać i wrócić z myślą, że może tym razem to będzie ostatni rozczarowujący raz. Bo mogę być rozczarowana tylko sobą. Może jesienna aura wpływa na to, że czuję się niekomfortowo i chcę zamknąć się w swoim świecie i już do nikogo nie wyciągnąć otwartych ramion na powitanie. Byłam w sobotę u spowiedzi w kościele innym niż przez ostatnie lata. Muszę przyznać, że nie lubię chodzić do spowiedzi nie ze względu na obnażanie swoich słabości, ale ze strachu, że usłyszę pytanie i nie będę potrafiła na nie odpowiedzieć, że nie wytłumaczę, czemu postąpiłam tak, a nie inaczej i że to nie jest takie proste, i każdy mój teraźniejszy upadek sięga dalekiej przeszłości. Boję się tak, jakby spowiedź była gabinetem psychologa, a tak właśnie być nie powinno. Ludzie przede mną spowiadali się tak długo, że mnie to przeraziło i pomyślałam, że nie skorzystam z sakramentu i że w niedzielę udam się do sprawdzonego księdza, gdzie wiem, co mnie czeka, a całą sobotę będę przybita myślą, że stchórzyłam. Poszłam i pierwsze słowa, jakie usłyszałam po wyznaniu grzechów brzmiały “będzie dobrze”. Odeszłam od konfesjonału i uklękłam, a potem zaczęłam płakać tak mocno, że nie wiedziałam jak przestać. Tylko myśl o bólu głowy skutecznie mnie powstrzymała przez rozpłynęłam się w morzu łez. (A głowa i tak bolała mnie całą sobotę.) Nawet teraz, gdy o tym wspominam, chce mi się płać. Czy naprawdę to wierzę? Czy resztki mojego optymizmu są w stanie sprawić, że uwierzę w to, że po mojej podróży czeka mnie coś jeszcze równie ważnego i dobrego? A co jeśli ta podróż to kolejne kłamstwo i nie łączy mnie z ludźmi nic, bo przecież przyjaźń nie istnieje, kiedy nie potrafię żadnej zbudować nie wlewając w nią swoich lęków i egoizmu? Tak bardzo chciałabym nie narzucać się ludziom, ale moje całe istnienie opiera się na skrajnościach, więc albo odcinam się od innych, albo angażuję zbyt mocno do tego stopnia, że ludzie nie są w stanie znieść mojej życzliwej obecności i zamartwiania się o ich dni. Chciałabym jednak jednej rzeczy, aby pewna historia przestała się powtarzać, bo za każdym razem, gdy pukam do twych drzwi, nie masz siły ich otworzyć, a potem, tak szybko i nagle okazuje się, że dom jest pusty, bo wyszedłeś na spotkanie kogoś innego. Jestem tym zmęczona, tak bardzo, że doszłam do wniosku, że po tym całym czasie zacząłeś odczuwać do mnie dziwną niechęć. I jeśli to prawda, chciałabym zrozumieć, czemu tak się stało, bo inaczej oszaleję. Przecież muszę wiedzieć, co sprawia, że ludzie odsuwają mnie od siebie, abym wiedziała, nad czym muszę popracować. Nasza przyjaźń to kłamstwo od początku. Wiedziałam, że to się na mnie kiedyś zemści. Niewypowiedziane słowa zawsze dopadają po czasie.Teraz chciałabym, żebyśmy już nie istnieli. Artur Schnitzler napisał kiedyś “...baliby się mnie, gdyby wiedzieli jak mało dla mnie znaczą”. W zestawieniu ze słowami Grzegorza Musiała o tym, że “moje przyjaźnie są doskonale dopracowane” brzmi to mało ciekawie. Moje dopracowane przyjaźnie to kłamstwo doskonałe, więc gdyby wiedzieli, że nie znaczą dla mnie nic, przerazili się, że pod tą twarzą dziecka nie ma szczerych ciepłych uczuć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz