8.09.2018

1001.

Dawno nie spałam tak źle, jak w tym tygodniu. Nie potrafię przespać całej nocy. Wybudza mnie nawet dźwięk brzęczącego nad uchem komara. Jednego, który denerwował mnie trzy noce z rzędu, pokonałam dopiero dzisiaj o czwartej nad ranem. Przeglądając się później w lustrze z niedowierzaniem, że wyłączyłam budzik w półśnie i wstałam pół godziny przed wyjściem do pracy, zobaczyłam rozmazaną krew na lewym policzku. Prawie jak barwy bojowe. Nie zjadłam śniadania. Wsiadłam na rower, jak przez ostatnie dwa dni i ruszyłam ku kolejnemu dziwnemu dniu w pracy. Nie wiem, czy to z oszczędności, czy z chęci wykorzystania jeszcze nie aż tak chłodnych poranków na wysiłek fizyczny, ale patrzę na rower łaskawszym okiem, choć myślałam, że mi zbrzydło to jeżdżenie w tę i z powrotem. A może wierzę w magiczną moc sportu, który chroni moje ostatnie racjonalne komórki przed zniszczeniem i ciągle się uśmiecham, bo wraz z każdym obrotem pedałów produkcja endorfin rusza pełną parą, choć realnie śmiać mi się chce coraz mniej. Za to z przejęciem planuję wycieczkę do Wrocławia i znowu rozsądek mówi mi, abym wybrała jak najtańsze opcje i nie jechała na długo, bo potem przyjdzie przygnębiająca zima w domu i tylko pieniądze dadzą mi odrobinę złudnego przekonania, że jeszcze coś mam. Ponownie śniło mi się, że przejeżdżam przez piękne miasto, które nie było moją docelową podróżą, i żałowałam, że nie mogę się zatrzymać, aby zobaczyć te wszystkie zabytkowe budowle z bliska. To dziwne, że po raz kolejny we śnie wróciłam do tego samego miejsca, które w rzeczywistości nawet nie istnieje. Jego obraz jest tak ostry w mej pamięci, że to aż dziwne.  Gdybym wierzyła w poprzednie wcielenia, może uwierzyłabym, że kiedyś tam był mój dom. Nie chcę stwierdzić, że spałam źle cały tydzień, bo dręczy mnie pewna sytuacja, ale obawiam się, że może to być realna przyczyna. Jestem za stara na takie dręczenie, więc nie wiem, czemu pozwalałam sobie na codziennie małe irracjonalne załamanie, które wyciska kilka łez z oczu. Nigdy nie chciałam, aby którakolwiek relacja przemieniła się w grę, ale mam wrażenie, że jestem w przeciwnej grze, której nie potrafię przejść. Pewnie mi przykro, bo uważam (być może niesłusznie), że nie zrobiłam nic, aby zasłużyć na milczenie. Rozsądnie jest myśleć, że problem nie leży po mojej stronie, a jednak jestem problematyczną znajomą. Mówią, że lepiej żałować czegoś, co się zrobiło, niż żałować czegoś, czego się nie zrobiło. Powiem krótko i brzydko “gówno prawda:” Jestem przeciwnikiem takiego postrzegania spraw, tym bardziej, że mój każdy ruch jest pomyłką i nie, wcale nie użalam się nad sobą, stwierdzam fakty, w końcu sama wkopałam się w zaistniałą sytuację, więcej, to ja jestem jej stworzycielem. Czy nie mogłabym chociaż raz zamknąć się wirtualnie tak jak zamykam się w realnym świecie? Milczenie jest złotem, rozumiem, że jest. Gdy decydujesz się na ruch, tworzysz nową rzeczywistość, nad którą później możesz już nie mieć kontroli, ale i tak ponosisz konsekwencje, natomiast wszystko, co nie stworzone zostaje tylko w naszej wyobraźni, a ta należy do nas, więc nie ingeruje w życie innych. Żałuję, owszem, trzeba było się zamknąć, ale nic straconego, prawda. Moje dobre intencje na końcu wyglądają żałośnie. Nie zamierzam jednak dręczyć się zbyt długo, bo tak naprawdę moje podejście ma wpływ na wszystko, i tylko ode mnie zależy, na ile pozwolę sytuacjom i ludziom ingerować we własną duszę. Trzeba być twardym, więc będę jak góra lodowa, która zatopiła Titanica. Tak właśnie się stanie. Wiecie, pamiętam jak w styczniu życie wydało się mdłe i nie do zniesienie, a dzisiaj pomyślałam, że to niesamowite jak wiele się zmieniło. W sierpniu wrzuciłam w instagramowe relacje cytat o tym, że wyczuwam wiszące w powietrzu zmiany i oto są, choć jeszcze nie potrafię się w nich odnaleźć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz