4.09.2018

999.

Próbuję wymusić na sobie proces, który pozwoli mi przeanalizować i zrozumieć, co się wydarzyło, ale dla mnie nie wydarzyło się nic. Moje wszystkie zbyt szczere wiadomości przepadają w przeszłości i nigdy nie wracają. Adresaci czytają i zapominają, a mi tak dziwnie, że ważne słowa nie znaczą nic, więc przechodzę od dnia do dnia z dziwną pustką, bo pozbyłam się słów, a nie dostałam informacji zwrotnej. Rok temu napisałam długą wiadomość siedząc pod kościołem całą noc. Nigdy nie dostałam odpowiedzi, może była nieważna, a może nie nikt nie domyślił się, że takowej oczekuję, może nie wyraziłam tego zbyt jasno, ale każdy ma wybór, więc nie mogę mieć pretensji, że ktoś zapomniał. Po czasie nawet i ja zapomniałam, bo tak było najprościej. Może nawet z ulgą przyjęłam, że nie będę musiała tłumaczyć się z tych dziwnych słów. Wiadomość odeszła w niepamięć, aż do momentu, w którym napisałam kolejną z cyklu żałosnych. Nie wiem, czemu to robię. Raz na jakiś czas coś we mnie pęka i uświadamiam sobie, że mam w sobie potrzebę mówienia do ludzi, a że tu nie ma ludzi, piszę, wyrzucając z siebie te wszystkie myśli, które nigdy nie przybierają kształtu prawidłowego. Zawsze zostaję z poczuciem, że przekazałam wszystko nie tak, jak chciałam i okazuje się, że wolałabym jednak rozmowę. Chciałabym zadawać pytania, chciałabym dostać potwierdzenie lub zaprzeczenie swoich słów, bo mam wrażenie, że mówię w pustkę i pustka zostaje w moim sercu. Nie rozumiem, czemu życie nie stwarza mi okoliczności do rozmawiania z innym w cztery oczy. A jednak czuję się podejrzanie spokojna. Może zrozumiałam, że oto nastał moment, w którym straciłam wszystko obnażając się do bólu. Nigdy nie ukrywałam, że mam problemy i zawsze bałam się, że gdy nie będę sobie z czymś (albo z sobą) radzić, to moje wybory będą uderzać w innych. Nie chciałam nigdy atakować swoimi przemyśleniami, a całe życie to robię. Mówię sobie, że obecnie nie mogłam postąpić inaczej, musiałam zrobić coś, cokolwiek, co wyrwie mnie z ciągu rozmyślań, tymczasem znaki zapytania się pomnożyły, ale nie chcę już rozmyślać. Jedyne co mogę zrobić dla nas, to odsuną się w cień, wiedząc, że skoro podjęłam złą decyzję, teraz podejmę najlepszą. Czuję się trochę winna, ale nie mogę dać przygnieść się poczuciu winy. Nie mogę zacząć zatapiać się w te myśli sięgające aż do odległej przeszłości i stwierdzić w złości, że nigdy nie powinnam wyciągnąć do ciebie ręki na powitanie. To wygląda trochę tak, jakbym miała obsesję na czyimś punkcie, ale tak nie jest, przyrzekam, że nie, a jednak nieustannie boję się, że ktoś powie, że jestem wariatką i usłyszę szyderczy śmiech i coś we mnie runie i przytaknę w geście zgody, bo jestem wariatką. Ale nie jestem. Jestem kimś, kto nie może odnaleźć się w tym dziwnym świecie, a tacy ludzie muszą być sami, bo inaczej, jak widać, burzą codzienność pozostałych, którym też nie jest najłatwiej. Ale, czy ktoś ma tutaj łatwo? Od teraz to nie ode mnie zależy, jak potoczy się tak historia. Nie mogę wszystkiego kontrolować, ani oczekiwać, że sprawy będą układać się po mojej myśli. (Akurat rzadko kiedy się tak układają, więc nie mam takich oczekiwań.) Zrobiłam tyle, ile mogłam zrobić dla siebie. Usłyszałam od kogoś, abym zrobiła to, co pozwoli mi spokojniej spać. Nie wiem, czy sypiam lepiej, chyba jeszcze nie, ale za to dni wydają się odrobinę lżejsze. Ciężko będzie mi zaakceptować sytuację, która powstała, jeśli nie ulegnie zmianie, ale zrobię to, zaakceptuję wszystko, bo takie są silne kobiety, więc będę nią mimo wszystko, nawet jeśli dla innych wyglądać to ma zupełnie inaczej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz