6.10.2018

1006.

Prawdopodobnie to mój ostatni wpis przed wyjazdem. Sobota dobiega końca, więc może to za wcześnie, aby decydować o jakiś ostatkach na trzy dni przed wyruszeniem w podróż, ale właśnie to robię - decyduję - choć nie mam do napisa nic ważnego. Mogę nieustannie dążyć te same tematy, czyli o mojej kapryśnej cerze, problemach ze spakowaniem się, milczących znajomych, ojcu w szpitalu i pracy. Moja cera jaka jest każdy widzi. Napisałabym, że jest równie smutna jak ja, ale to nieprawda; nie jestem smutna. Jestem zmęczona tym, co dzieje się na mojej twarzy. Mówię sobie, że to nieważne jak wyglądam, ważne, abym miała w sobie tę pozytywną energię, która rozpromieni mnie od środka, ale trochę przygasam z każdy dniem. Nie chciałabym, aby coś tak głupiego jak moja nie promienna cera popsuła cały wyjazd, ale pewnie trochę tak będzie. Czekałam na ten wyjazd tak długo (mam wrażenie, że powtarzam to bez końca), że nie wiem, jak odnaleźć się w tej sytuacji, a chciałabym, aby wyszło idealnie. Zamykam oczy i jedyne co widzę to nasze powitanie. Na tym moja wyobraźnia się kończy. Nie chcę niczego zakładać z góry, czy bawić się we wróżkę przewidującą przyszłość. Nie chcę narzucać swoich myśli na rzeczywistość, chcę rzeczywistość przyjąć taką, jaka mnie czeka. Może dlatego stresuję się tym, że za mało myślę o wyjeździe, choć nie uwierzycie, mam już spakowane część rzeczy. Przy okazji różnych podróży zawsze pakowałam się na ostatnią chwilę (wieczorem przed wyjazdem) i nigdy nie wychodziło mi to na dobre, więc tym razem postanowiła zrobić inaczej. Z samym wyjazdem mam ten problem, że czasem tak robię, wpadam na jakiś pomysł, mówię sobie “zróbmy to”, a potem, gdy “to” nadchodzi, ogarnia mnie mnóstwo wątpliwości. Jedną z nich jest sam cel wyjazdu. Kiedy myślałam o tym dniu, choć nigdy nie byłam przekonana, że tak naprawdę nadejdzie, miała przygotowane przemowy - tak, potrafiłam w myślach mówić i mówić, dokładnie wiedziałam za co chcę przeprosi, o co wypytać, o czym opowiedzieć. Teraz wydaje mi się, że dotykanie przeszłości w jakikolwiek sposób nie ma sensu, gdy obie poświęciliśmy tyle czasu, aby oswoić się z myślą, że życie nie będzie lepsze. Nie chciałabym też rozdrapywać starych ran, czy brzmieć ckliwie, bo po co to komu; sama nie lubię siebie takiej. Niezręczne jest słuchanie takich wywodów, a co dopiero znalezienie na nie odpowiedzi, więc nie chcę stwarzać sytuacji, gdzie milczenie będzie jedyną słuszną opcją. Z drugiej strony nie chcę wrócić nie powiedziawszy nic, bo to oznaczałoby zmarnowaną szansę, bo najlepiej mówić o ważnych rzeczach twarzą w twarz. Może w tym wszystkim dużym utrudnieniem jest fakt, że nie wiem, kim teraz jesteś, a niewiedza zawsze wzbudza obawy. Tak oto jadę spotkać się z koleżanką, której przeszłość znam zbyt dobrze, lecz nie wiem, kim jest obecnie, natomiast, aby zachować równowagę, spotkam się z kimś, kogo przeszłości nie znam, za to orientuję w teraźniejszości. Czy moje życie nie jest zabawne? Jednak, gdy myślę o tym wszystkim, najbardziej chciałabym wsiąść w odpowiedni pociąg. I to nie tak, że byłby to wielki problem sam w sobie, gdybym jednak nie wsiadła we właściwy, ale oznaczałoby to utratę przeznaczonych już na ten cel pieniędzy. Naprawdę, gdy myślę o wyjeździe ściska mnie w żołądku na myśl, że wsiądę do niewłaściwego pociągu, już nie mówiąc o tym, że we właściwym będę siedzieć obok kogoś obcego. Mimo to lubię być w podróży, pisałam już o tym nie raz. Lubię nie być już w domu, a nie być jeszcze u celu. Lubię  w sobie to oczekiwanie i naiwną nadzieję, że taka niecodzienna sytuacja będzie szansą na przełom w życiu, tzn. oczekuję, że wyjadę i po drodze wydarzy się coś, co zmieni moje życie. To bardzo naiwne myślenie i tak naprawdę w głębi serca wiem, że nic takiego nie będzie miało miejsca (bo nigdy nie miało), ale lubię być w podróży, choć potem wracam do domu trochę zawiedziona. Z drugiej strony sytuacja wygląda tak, że dzisiaj wróciłam z pracy i pomyślałam, że mogę nie jechać, tylko przesiedzieć cały tydzień w domu, jak całe dotychczasowe życie. Zawsze reaguję w taki sposób na większość wydarzeń, na które oczekiwałam z radością - zwyczajnie chcę z nich zrezygnować, jakbym nie potrafiła się cieszyć. Chyba najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że cały wyjazd minie tak szybko w porównaniu z moim siedmioletnim oczekiwaniem, że chyba ze smutku zgubię się w drodze powrotnej. Jakby to było nie wrócić i zrezygnować z resztek stabilizacji? Obawiam się, że wszystko wypłynie ze mnie podczas tej podróży, a gdy już obejmę moją małą A., będę płakać łzami siedmiu lat. Widzicie, to jedna z tych historii, którą stworzyłam w swoim umyśle i tak silnie we mnie tkwi, że nawet jeśli nie jest prawdziwa, jest moją prawdą, z którą jak widać nie potrafię się rozstać, a powinnam. Już dawno powinnam wyrzucić niektórych ludzi ze swoim myśli, tak jak oni zrobili to ze mną. Nie piszę tego w żalu, piszę to z myślą polepszenia swojego stanu.Im dłużej myślę o tej jednej sprawie (nie związanej z wyjazdem, swoją drogą, czy wiecie ile razy użyłam w tym wpisie wyrazu “wyjazd” i “podróż” - chyba ze sto), tym bardziej dociera do mnie, że to już nie ważne, to znaczy ja straciłam na ważności. Może niektóre znajomości naprawdę zostają przeterminowane i dla własnego zdrowia lepiej wyrzucić je do śmieci. Mam wrażenie, że nigdy nie poradzę sobie z tą jedną znajomością i tak do końca życia będzie przeszkadzać mi jak drzazga w palcu. Wiecie, że to miał być optymistyczny wpis przed wyjazdem, a tymczasem wszystko zmierza w niedozwolonym kierunku. Zmienię więc temat, ale tylko na chwilę, bo wstałam o piątej i jestem już senna,a tu za pół godziny północ. Mój ojciec jest w szpitalu na drugiej chemii. Podłączają go do kroplówki na kilka dni i tak bez przerwy do krwiobiegu toczy się trucizna, która ma go cudownie uzdrowić. Ostatnio wrócił zmizerniały i osłabiony; może tym razem wróci łysy. Nie zmienia się jedno, nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Czemu nagle muszę mieć ojca, jeśli nie miałam go przez 28 lat? O pracy nie napiszę nic, bo mam tydzień wolnego, bo wyjazd, bo podróż, bo my. Będzie dobre, podobno, nie wiem, czemu miałabym nie uwierzyć w to po raz ostatni. Obiecuję spakować się rozsądnie i wysypiać przez ostatnie dni. Chociaż tyle mogę zrobić dla siebie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz