Jeszcze nie kupiłam biletów (to znaczy bilety już się kupiły, bo wpis zaczęłam produkować kilka dni temu, więc do tego czasu decyzja zapadła), a już jadę, już stoję w sali wypełnionej po brzegi i nie mogę uwierzyć, że zasłużyłam jeszcze na coś dobrego w tym życiu. Nie wierzę, że przez 25 dni będę pijana szczęściem. Już zachowuję się irracjonalnie, jakby życie nie polegało na niczym innym, niż na czekaniu na usłyszeniu czyjegoś przejmującego głosu i ujrzeniu twarzy tak znajomej, że po przyjrzeniu jej się z bliska wyda się obca na zawsze. Stracenie słuchu dla takiego wokalisty i osobowości scenicznej, jaką jest Nam Taehyun to nie powód do smutku. Czy martwię się tym, że mogę sobie zaszkodzić? Może gdzieś z tyłu głowy mam tę myśl, że powinnam na zawsze pozostać w domu, ale nie chcę. Tak naprawdę, gdy o tym pomyślę, to nie raz naraziłam się na utratę słuchu po pechowym incydencie. Trzy miesiące później byłam na koncercie zespołu Hurts, który grał na Torwarze. Nawet nie przyszło mi do głowy, że powinnam wtedy wcisnąć dla ochrony zatyczki w uszy. Czułam dyskomfort, wiedziałam, że jest dla mnie za głośno i miałam ochotę zatkać uszy palcami, ale chyba bardziej bolały mnie nogi od niewygodnych butów i jakoś o tym zapomniałam. Gdy w hostelu kładłam się spać, szumy nasiliły się, ale to normalne zjawisko po godzinie w głośnym otoczeniu. Ludzie wychodzący z koncertu zawsze czują ogłuszenie, które mija. I u mnie wszystko zniknęło wraz z nastaniem nowego dnia. Półtora roku później wybrałam się w to samo miejsce na koncert, ale już ze specjalnymi zatyczkami na koncerty. Nie powiem, nadal miałam obawy, ale z racji tego, że koleżanka, z którą byłam na drugi dzień bardzo rano wyjeżdżała z rodzicami za granicę, nie uczestniczyłyśmy w wydarzeniu do końca. Wtedy też mój słuch przetrwał. Nie da się uciec od dźwięku, miasta są głośne, życie jest głośne, a mój słuch zmienia się nawet przy wysiłku fizycznym, gdy ciśnienie rośnie, gdy jestem osłabiona przeziębieniem i słyszę jak pisk wyrywa się ponad inne dźwięki. Tym razem też będzie dobrze. Mniejszy klub to nie ogromna hala, z drugiej strony małe pomieszczenie dźwięk może wypełnić gęściej, ale nie chcę się martwić. Wierzę w moc instrumentów i przerwy w postaci wolniejszych piosenek. To nie będzie impreza techno, nie huknie mi w twarz dźwiękiem, a moje ciało nie będzie drżeć w rytm muzyki. Nie powinnam tego pisać, ale jestem szczęśliwa. Nie wierzę, że dla tej chwili postanowiłam odsunąć wszystkich znajomych na bok i nie w głowie mi odwiedziny z prezentami, które już dawno powinnam mieć za sobą. Może dlatego uparcie śnią mi się znajome twarze w snach trochę smutnych, bo zawsze w nich coś tracę i tak już od miesiąca. Ale to nagle nieważne, bo za dwadzieścia pięć dni będę płakać, tak jak płakałam dzisiaj, ze szczęścia. To dziwne mieć w sobie tę myśl, że ktoś młodszy ode mnie (znowu młodszy?) ratuje mi dni, ale wiek naprawdę nie ma znaczenia, gdy wszyscy i tak kwalifikujemy się do grupy dorosłych. Myślę o tym, że już raz przydarzyła mi się taka historia. Widziałam kogoś po raz pierwszy, myśląc, że ostatni, a potem kolejne spotkanie nadeszło niespodziewanie szybko i to w dniu koncertu. Miałam ogromną nadzieję, że to zapowiedź czegoś dobrego, a potem wszystko rozsypało się jak domek z kart i od tamtej chwili ani razu nie czułam się prawdziwie szczęśliwa. Moje szczęście wynikało wiele razy już tylko z ulgi, że coś bolesnego dobiegło końca. Teraz myślę o tym, że znowu spotkam kogoś po raz drugi i że to będzie na koncercie i nie chcę, żeby początek był też końcem znajomości. Tak bardzo cieszę się na myśl o listopadzie, a jest to radość tak nieracjonalna, że z przestrachem spoglądam na swój uśmiech w lustrze i nie mogę położyć się spać. Niesamowite, że tak ogromne szczęście, które sprawia, iż unoszę się ponad ziemię, jest w stanie wywołać tylko myśl o spotkaniu ulubionego zespołu lub spotkaniu znajomej osoby, którą lubię. Możliwe, że kiedyś będę umierać również z uśmiechem na ustach. Ale na tym moje szczęście się kończy. Nic więcej nie sprawia mi radości. Cieszę się, że właśnie z Tobą będę miała okazję posłuchać South Club. Nie mogłam wymarzyć sobie lepszego towarzystwa. Będziesz musiała podtrzymywać mnie na duchu, gdy będę przechodzić załamanie nerwowe na chwilę przed tym, jak moja dłoń na kilka sekund dotnie dłoni wokalisty. Bywam niewdzięczna i gorzkie słowa wypełniają to miejsce, ale dzisiaj na dwadzieścia pięć dni przed koncertem wypełnia mnie wdzięczność tak ogromna, że jestem w stanie stwierdzić, że moja nienawiść do świata jest miłością. Jestem szczęśliwa, słyszycie, jestem po raz kolejny i to mały cud w mojej codzienności. Proszę, niech listopad będzie dla nas łaskawy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz