Wróciłam do pracy po tygodniu przerwy i pierwsze, co mnie uderzyło, to nie zamykające się drzwi od łazienki. Wcześniej należało użyć siły do ich zamknięcia i otworzenia, co było dobre przy braku zasuwki. Gdy ktoś nieproszony chciał wejść, musiał mocno szarpnąć, więc do tego czasu można było krzyknąć w proteście. Tymczasem nie zamykające się drzwi do miejsca tak intymnego jak łazienka to problem ogromny. Nie rozumiem, czemu muszę manifestować swoje wyjścia do toalety i obwieszczać, że mam pełny pęcherz tylko po to, aby uniknąć żenująco-traumatycznej sytuacji. A wszystko przez włączone ogrzewanie - od ciepła napęczniały drzwi. Wyjście do toalety staje się więc grą, z czasem, miejscem i ludźmi. Ktoś puknąłby się w głowę, że tak bardzo utrudniam sobie życie, ale co poradzę na to, że stres w moim organizmie wytwarza się niezależnie od moich prób jego opanowania. Poza tym przeszłam pierwsze w tym roku przeziębienie, czyli nie tak źle biorąc pod uwagę, że mamy już dziesiąty miesiąc. Osłabiła mnie podróż i zbliżający się okres i właściwe to dobrze, że gorączka i katar, który odciął mi dopływ tlenu do mózgu, zmniejszyły ilość myśli w mojej głowie. Przez ostatni dni spałam po osiem godzin, a i tak budziłam się zmęczona. Za każdym gdy agresywnie wybudza mnie alarm i nie mam siły podnieść się z łóżka, aby rozpocząć kolejny niepotrzebny dzień, myślę o tych wszystkich koreańskich zespołach, które w trakcie promocji śpią po 4 godziny na dobę i dochodzę do wniosku, że moja trudności dnia codziennego są niczym w porównaniu z ich chronicznym zmęczeniem już pod koniec promocji, zwłaszcza, że oni tańczą i śpiewają i ćwiczą, a ja, co robię ja. Obecnie w pracy siedzę nieustannie przez osiem godzin przed komputerem, a potem w domu przez cztery, więc można powiedzieć, że zima zapowiada się ciężko, jeśli tak to będzie wyglądać, ale w porównaniu z koreańskim zespołem to bardzo komfortowe i leniwe móc snuć się bez celu w półśnie. To bardzo korzystna sytuacja móc nie żyć już za życia. Chciałabym wyjść na spacer, skorzystać ze słońca i porobić zdjęcia w jesiennej scenerii, ale w mój jedyny wolny dzień - niedzielę będzie już zimno, więc pewnie będę wolała siedzieć w domu pod kocem. W poprzedniej notce napisałam, że odetnę się od wszystkich. Od razu po opublikowaniu wyłączyłam komputer i zaśmiałam się gorzko z własnej głupoty. Przecież to inni zniknęli z mojego życia i nie wiem czemu. Ostatnio słuchałam czegoś w internecie i podobno życzliwością, zamartwianiem się o innych lub/i chęcią pomocy można zamęczyć innych. Można, owszem. Jestem tego doskonałym przykładem. Upierdliwa znajoma, która chce pomóc, bo ma wrażenie, że ktoś rozpadnie się tak jak ona, jeśli pomoc nie przyjdzie wystarczająco szybko. Ale nie, moi wszyscy znajomi ze mną czy beze mnie radzą sobie równie świetnie i to nie moich dobrych słów potrzebują. Tymczasem ja potrzebuję dużo dobrych słów. Czemu więc świat milczy?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz