To będzie ciężki wpis, zarówno do tworzenia, jak i czytania. Wstałam przed piątą po ciężkiej nocy i ruszyłam w podróż chłodnym porankiem. Wszystkie obawy, które nosiłam tygodniami, a potem wiozłam tego dnia ze sobą, okazały się niesłuszne, ponieważ ku mojemu zaskoczeniu odkryłam, że nie czuję nic poza stresem. Mój zamrożony umysł nie wytworzył żadnej myśli i cały ten czas, który miał być czymś tak oczekiwanym i wspaniałym okazał się czasem może nie tyle co zmarnowanym, ale zawiedzionym. Znowu zawiodłam siebie. Czy ktoś jest jeszcze zaskoczony? Ani razu nie otworzyłam ust i nie powiedziałam tego, co było najważniejsze, bo nagle to, co najważniejsze przestało mieć znaczenie. Teraz, gdy o tym myślę, miałam rację milcząc - nie mogłam powiedzieć nic sensownego. Spotkania po latach są jak próba nadrobienia czegoś, czego nigdy nie da się już uchwycić. Spotkanie, które jest oderwaniem od prywatnej rzeczywistości każdej z osób, aby na kilka chwil stworzyć wspólną, jest tylko momentem w obliczu wieczności, który ostatecznie nie znaczy nic, bo nie jest sytuacją naturalną. Chciałam uczestniczyć w codzienności moich znajomych, ale nie mam już takich znajomych, codziennych. Podczas naszego pożegnania obiecałaś przesłać mi wspólne zdjęcia, ale tego nie zrobiłaś, a mi głupio o to prosić. Mówiłam, że dopomnę się o tytuł filmu, o którym opowiadałaś, ale tego nie zrobię. Moje znajomości działają dobrze tylko na odległość, w wyobraźni, ale kiedy staję realnie przed drugą osobą, odrębność jej życia uderza mnie tak mocno, że nie wiem, po co się zbliżałam. Pierwszą herbatę jaśminową piłam w 2011 roku we Wrocławiu. Potem kupiłam taką raz, firmy Lipton, która nie umywała się do tej z herbaciarni. Kolejną wypiłam w Opolu kilka dni temu i nie mogłam po niej spać, budząc się z pełnym pęcherzem koło pierwszej, przez co musiałam stresować się nocnym wyjściem do toalety, gdy w pokoju spały obce osoby. Teraz z żalem piję trzecią, bo stojąc dzisiaj w kolejce w Biedronce, rzuciła mi się w oczy biała herbata jaśminowa. Jest pyszna, a mi coraz smutniej. Mam mnóstwo pourywanych myśli z podróży, ale nie wiem, czy kiedykolwiek je tutaj spiszę Jestem okropnie zmęczona.. Pojechałam spotkać ludzi i odpocząć, a tymczasem nogi bolały mnie od chodzenia tak, że w pewnym momencie miałam niedowład. Moje najwygodniejsze buty mnie zawiodły i w pewnym momencie stawiałam kroki w ogromnym bólu, ale co mogłam zrobić, jeśli każdy chciał mnie gdzieś zabrać, a mi było głupio zrezygnować z jedynej szansy na spacery po obcej ziemi w towarzystwie. Wiecie, naprawdę chciałam nie wrócić z tej podróży. Chciałam gdzieś po cichu umrzeć i nie rozumiem, czemu na to nadal nie zasłużyłam. W niedzielę nie potrafiłam poradzić sobie z rzeczywistością, poniedziałek nie okazał się lepszy. Stresuje mnie sytuacja z pracą i z tym, że muszę podejmować decyzje, czego nie potrafię, odkąd tylko dano mi możliwość samodzielnego decydowania o sobie. Szefowa powiedziała “jeśli tylko będziesz chciała” w domyśle zostać dalej. Moje serce nie chce, nie chce tu żyć i ma dość wszystkiego wkoło, ale mój rozsądek mówi, że lepiej mieć pracę i pieniądze niż zostać tutaj bez pieniędzy, bo przecież magicznie nie znajdę się gdzieś indziej. Żal ściska mi gardło na myśl o tym, że kolejny rok spędzę tutaj i spróbuję pocieszyć się czymś materialnym oraz niezawodnym koreańskim popem. Nie znam innego życia. Mój mózg nie potrafi już wyjść poza ramy, które stworzył, bo wszystko poza to jeszcze większy ból niż tłumienie w sobie nieszczęścia bycia tu i teraz. Zażartowałam gorzko, że to moja kara, bycie tutaj, gdy przedstawiłam mamie logiczny wywód o tym, dlaczego lepiej płakać z pieniędzmi w kieszeni niż bez. Wiecie, który raz jestem w tej samej sytuacji? Piąty i jest coraz trudniej zachować jakąkolwiek pozytywną myśl. Moja mama powiedziała, że to kara, którą nałożyłam sama na siebie. Prawda. Czy nie od lat trąbię na tym blogu, że moje życie jest tylko i wyłącznie moją winą i wypadkową moich błędnych decyzji? A ludzie nadal mi pieprzą o niskiej samoocenie i o tym, że zmiana myślenia naprawi moją rzeczywistość, jakby tylko myśli rządziły wyłącznie ludzkimi dziejami i jakbym jeszcze tę niską samoocenę wymyśliłam sobie sama. Oczywiście, że sama, bo nie mogę zwalić winy na innych, więc czemu ksiądz na kazaniu czyta jakiś nudny list o tym, że brak ojca w rodzinie wyrządza takie, a inne szkody w dziecku, ale nie, wszystko to moja wina i użalanie się nad sobą. I wiecie co? Zrobię to tak, jak dziecko użalające się nad sobą, którym jestem. Odetnę się od wszystkich, a na końcu od siebie. Dobranoc.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz