7.04.2025

1780.

E. urodziła dzisiaj zdrowego chłopca, przez cesarskie cięcie (nie było innej opcji przy jej problemach zdrowotnych). Ma dzisiaj urodziny, więc ma prezent, w przyszłości będzie świętować z synem, dopóki ten nie wkroczy w wiek dojrzewania i nie będzie chciał dmuchać świeczek na torcie z matką. Ciąża, której już nikt się nie spodziewał. Marzenia zostały pogrzebane przez nowotwór. I znowu sprawdza się to, że trzeba odpuścić, aby pewnego dnia coś  przyszło do nas w nieoczekiwany sposób. Tu wszystko mogło pójść źle, a jednak cuda się zdarzają. Ściska mi serce na myśl o tym, ile przeszła ich rodzina i jak dobrze widzieć czym jest szczęście. Chciałabym zostać chrzestną, ale jestem na to za biedna, choć w tej roli wcale nie chodzi o zawartość portfela. Z drugiej strony boję się, że i na to jestem zbyt niedojrzała. Cisza. Już tyle osób pokarało mnie ciszą, że nie wiem, czy naprawdę zasłużyłam, wszak moje intencje zawsze były inne. A może na tym polega dawanie innym czasu? Tyle ile potrzebują. Nawet jeśli okazuje się, że im więcej czasu upłynęło, tym mniejsze są szanse, że nasze drogi skrzyżują się znowu. Niektóre osoby widziałam kilka razy w życiu, minęło kilkadziesiąt lat, a ja nadal czekam, aż życie pchnie nas ku sobie. A może życie jest mądrzejsze i pcha mnie na skraj biedy, abym nigdy nie miała pieniędzy na bilet powrotny do was? Jestem zmęczona dzisiejszym dniem, fizycznie, ale mam w sobie spokój, bo ostatecznie wiem, co jest dla mnie najważniejsze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz