22.04.2025

1784.

Siedzę zmęczona, bo dzień był za krótki, a może chciałam zrobić dzisiaj za dużo. Moje ciężkie powieki chętnie by już opadły, ale nie mogę zebrać się w sobie i zawlec zmęczone ciało do łóżka. Jak to się stało, że z kryzysu i załamania nerwowego, pewnie mojego, nagle wróciliśmy tu, a nawet posunęliśmy się o krok dalej, by w przyszłości zrobić dwa do tyłu i wrócić do punktu wyjścia. Nie wiem, czemu chcesz mieć mnie w znajomych, przecież wiesz, że nigdy nie przestanę umierać, bo mnie życie prowadzi już tylko do śmierci. Wszystko co po drodze to tylko obawa, że można jeszcze niechcący wiele zepsuć i nawet nie trafić tam, gdzie się chce. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że też chciałabym cię mieć w gronie znajomych, bo na chwilę obecną nie wiem, jak cię nie mieć, a moje nigdy nieomylne przeczucie mówi, że muszę się tego nauczyć, bo wszystko kiedyś się kończy. Uśmiecham się, bo dzisiaj nawet nie jest mi źle, ten fizyczny ból jest odrobinę znośniejszy, a jednak to nie wystarczy, by dalej żyć. Myślę sobie, jak to możliwe, że wszyscy moi znajomi otrzymali pomoc, której potrzebowali, a dla mnie na wszystko jest za późno, potrafię być tylko sobą. Do zmian potrzeba mi interwencji samego Boga.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz