26.04.2025

1785.

Chciałam spędzić ten weekend inaczej, ale oto jestem bólem i znowu marzy mi sen, kojący i wybawiający, więc pewnie wieczny. Albo dożylne podawanie leków przeciwbólowych, które będą działać szybko i zawsze i jeszcze nie uzależnią. Czasem przeglądam swoje archiwum relacji na instagramie, zanim wszystko zniknie bez pamięci. Rok 2019: “Czytałam dzisiaj pana Musiała, który próbuje mnie przekonać, że życie jeszcze mnie zaskoczy, ale nie, niektóre ponowne spotkania nie są nam pisane. To dziwne, że czasem spotykamy kogoś tylko raz, a potem nigdy więcej i zostaje w nas to na lata, aby widywać kogoś innego codziennie i nic z tych spotkań nie wynosić. Kiedyś myślałam, że ludzie pojawiają się w naszym życiu po coś, żadne spotkanie nie jest przypadkowe, ale nie można nadawać rzeczywistości tak wielkiego znaczenia. Ludzie bywają mordowani, czy stanie twarzą w twarz ze swoim mordercą to spotkanie w jakiś sposób sensowne? Może to głupi przykład. Nie wiem. Może niektórych spotykamy jak za sprawą dziwnego przypadku, ktoś pojawia się tu i teraz, aby nas uratować, czasem od siebie samych. Innym razem to my wykonujemy ruch, ale czy wtedy jesteśmy sprawcami przeznaczenia? Czy przeznaczeniem może być jedynie moment,  w którym dwie osoby wpadają na siebie i dla obu jest to przypadek, czy może nie jest to warunek konieczny, aby daną sytuację nazwać przeznaczeniem? Wiem, brzmię jakbym nie miała poważniejszych problemów, ale właśnie dlatego że takie posiadam, zajmowanie myśli takimi pierdołami mi pomaga.” Cytat, który tamtego wieczoru natchnął mnie na takie przemyślenia: “..zniknął. Wydawało się - na zawsze. Teraz wraca… Pamiętał o mnie przez lata, czytał wszystko, co się mojego ukazywało. Co my wiemy o życiu! Jaki głos prowadzi ludzi ku sobie, przez te meandry, labirynty? Wydaje nam się, że już w nich giniemy, już ma się dość kurczowego trzymania tej nici, która w końcu donikąd prowadzi, tego chlania w samotności, w której wszystko co się przeżyło i na co jeszcze czeka, wydaje się bezsensowne, utopione we mgle, groteskowe. A tu życie jest mądrzejsze.” Co myślę po czasie o tym wszystkim? Chyba tylko to, że wszyscy ludzie pojawiają się w naszym - moim? - życiu na chwilę, aby pomóc mi przetrwać jakiś okres czasu, a potem odchodzą do przeszłości, czyli swojej teraźniejszości, która z moją nie ma już nic wspólnego. Nie mogę być zawiedziona, bo jestem bardziej wdzięczna, że miała kogoś wartościowego przy boku nawet na chwilę. Mogłabym spróbować odnowić kontakt, niesamowite, że teraz jest to sto razy prostsze niż kiedyś, wystarczy krótka wiadomość, a jednak jest to bardzo trudne, bo ostatecznie nie mam nic, co mogłabym podarować drugiej osobie. Nie mam grosza przy duszy, nie mam zdrowia ani nastroju, nie mam dojazdu (ale mam rowerowy pojazd, z którego coraz częściej spada mi łańcuch i wypadałoby go wymienić), nie mam marzeń, nie mam siły, ani energii. Jestem ostatnio bardzo senna. Nie wiem, czy to od szczękościsku, czy zbliżający się okres wysysa we mnie energię. Za dużo jeżdżę rowerem? Za mało jem, bo jedzenie boli? Moje powieki są zmęczone. Za każdym razem, gdy przysiądę na chwilę, mogłabym od razu położyć się spać. Czasem myślę o tym, kim bym była, gdyby w moim życiu wszystko nie poszło źle. Myślę o tym, kim miałam być w założeniu Boga i jak wiele oddalających mnie od szczęścia decyzji podjęłam. Bo przecież Bóg tego chce, naszego szczęścia, przede wszystkim wiecznego. Moja niestała rzeczywistość, moje niestabilne emocjonalnie życie, mój brak punktu zaczepienia, tak bardzo nie pasuję do dzisiejszego świata, a jednak ciągle tu jestem i chciałabym wiedzieć czemu. Czy to tylko mój wybór, czy jednak Kogoś innego?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz