Stałam w kuchni przy blacie, próbując znaleźć swój ulubiony nóż, nie wiedząc, że inny, mniejszy mama położyła na desce do krojenia. Odkręciłam się w prawą stronę i łokciem strąciłam go wprost na swoją stopę. Jego czubek wbił się pionowo w mój duży palec u nogi a potem odskoczył z dźwiękiem upadając na podłogę. Trzeba będzie szyć czy nie? - Moja pierwsza myśl. Czy krew będzie wypływać ze mnie za szybko? - Druga. Zsunęłam skarpetę, by zobaczyć czerwony punkt, nic więcej. Dopiero po godzinie zorientowałam się, że skarpetka zabarwiła się krwią. Ostatecznie nic się nie stało. Leżałam na łóżku przybita comiesięcznym krwawieniem i zasnęłam ze zmęczenia. Minęła chyba godzina, wstałam spocona i rozmemłana, taka bez życia i nagle poczułam jak ucieka ze mnie życie. Może ułożyłam się w niewygodnej pozycji, ale poczułam, że mam ociężałe ręce, szczególnie jedną i pomyślałam, że to zapowiedź kolejnego udaru. Przestraszyłam się. Nie lubię umierać i nie lubię podejmować decyzji, gdy umieram, nie wiedząc, czy to już ten moment, czy mogę jeszcze poczekać na ostatnią modlitwę. Chyba miałam atak paniki. Serce przyspieszyło rytm, zbyt mocno chciało wyrwać się z piersi, ręce zaczęły drętwieć jeszcze bardziej, a ciało zaczęło drżeć. Miesiączka to najgorsze co może spotkać kobietę (choć gorszy jest chyba poród, ale nie mi to oceniać). Ach, no i jeszcze ten nieszczęsny cewnik. Jesteśmy nienormalni, że zachciało nam się rozmawiać o medycynie i pewnie i o to moglibyśmy się pokłócić, bo każdy ma inne ciało i inne granice. Wstałam z łóżka, aby rozchodzić to uczucie, ale lekko zakręciło mi się w głowie i jeszcze bardziej przestraszył mnie brak kontroli nad własnym ciałem. Nienawidzę tego uczucia. Poprosiłam brata, aby rozpuścił mi elektrolity w szklance wody, nie miałam siły zrobić tego sama. Usiadłam w kuchni i przez słomkę wypiłam pomarańczowy musujący napój, jakbym była na wakacjach, a w ręce trzymała szklankę z drinkiem. Skupienie uwagi na tym, aby nie zabarwić nakładek ortodontycznych i zębów pomarańczową barwą odrobinę pomogło. Odetchnęłam, wróciłam do pokoju i usiadłam na łóżku próbując przekonać siebie, że nie dzieje się nic złego. Ostatecznie nic się nie stało. Nigdy nic się nie dzieje. Piszę tutaj, bo nie jestem senna przez drzemkę w dzień, ale mam wrażeniem, że moje dłonie są nadal otępiałe. Nie boję się. Pamiętasz, jak mówiłam, że w mojej rodzinie, gdy ktoś się rodzi, ktoś inny umiera? Tym razem nie padło na mnie. Tydzień przed narodzinami małego w tej rodzinie był już jeden pogrzeb.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz