Siedziałam po siódmej rano w busie i nie wiadomo skąd przypłynęła do
mnie myśl o miejskim bilecie miesięcznym. Zupełnie nie wiem, czemu nagle
chciałam przypomnieć sobie moment, w którym wydaję 170 złotych na 150
dni wszystkimi liniami. Nawet chciałam zadzwonić do mamy w tej sprawie,
choć właściwie nie wiem, skąd ona miałaby mieć w pamięci moment zakupu,
ale ostatecznie myśl przeskoczyła na inną i zaspana, z bolącymi oczami,
jechałam w stronę uczelni. Potem wsiadłam do autobusu miejskiego,
precyzując – trolejbusu, a kilka przystanków dalej w żółtych,
odblaskowych kamizelkach ukazali się kontrolerzy biletów, łącznie
trójka. Gdy przyszła moja kolej i wyciągałam rękę, by podać panu bilet,
kobieta-kanar oznajmiła, że wysiadają, lecz pan postanowił przyłożyć
jeszcze mój plastik do czytnika. Oddał mi bilet, mówiąc, że jest
nieaktualny, po czym wysiadł. Moje zdziwienie, że nie dostałam mandatu,
było sto razy większe niż zdziwienie z faktu, że pierwszy raz w życiu
zapomniałam doładować biletu i calutki zeszły tydzień przejeździłam,
jakby nie patrzeć, na gapę. Więcej, nie rozumiem, jakim cudem pojawiło
się to dziwne przeczucie z rana, które szepnęło mi o bilecie
miesięcznym, a które ostatecznie zignorowałam. Swoją drogą, jeśli chodzi
o zeszły tydzień, byłam strasznie zmęczona, raz zaspałam, do tego
doszło małe, chwilowe zamieszanie w planie zajęć i obowiązkowo moje
błądzenie po cudzych życiach, dlatego wkradło się w to wszystko
zapominalstwo. Szkoda tylko, że nie ominie mnie wydanie tych 170
złotych. Myślałam, że biedniejsza już być nie mogę, a jednak zawsze
można być na minusie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz