25.08.2018

997.

Kolejny wpis boleści związany z miejscem pracy. Nie minęła nawet doba (gdy to pisałam, nie minęła, teraz, gdy publikuję, owszem), a mi znowu przykro. Nie rozumiem, czemu każdy błąd w przesyłkach jest przerzucany na mnie i czemu nie potrafię skutecznie się wybronić, bo dopiero po fakcie kojarzę sytuację i to, że nie miałam z tym nic wspólnego. Klientka chciała odesłać towar, bo w paczce brakowało jej przedmiotu o wartości dwóch złotych, który można spokojnie dosłać. Po telefonie okazało się, że D. już rozmawiał z panią dzień wcześniej i tak naprawdę nie chodziło tylko o jedną rzecz, a błędnie skompletowane zamówienie, choć w tym przypadku to prędzej samowolka D. niż błąd przez nieuwagę. Choć wiadomo, mogę się mylić. Po tym telefonie już nikt nie miał do mnie “pretensji”, bo już nie chodziło o to, że przed zapakowaniem nie sprawdziłam, czy ilość rzeczy w siatce zgadza się z tymi na wydruku. Myślę jednak zbyt wolno, gdy jestem przejęta faktem, że znowu potknęłam się na najprostszej rzeczy i zaraz będą tłumaczyć mi jak dziecku, w jaki sposób powinnam robić coś, co i tak robię w ten sposób. Naprawdę mnie to denerwuje. Jeśli robię coś tak, jak mi każą, a mimo to popełniam błędy, wniosek jest tylko jeden - nie nadaję się do tego i w tej sytuacji powinni zrobić to sami, skoro wiedzą lepiej, a mi znaleźć zajęcie, którego im nie popsuję. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że tamtego dnia nie było mnie w pracy, tzn. byłam, ale na wygnaniu  w drugim sklepie. To nie ja pakowałam tę paczkę. Szkoda, że zanim do tego doszłam było już po sprawie. Głupio tłumaczyć się po czasie, kiedy ostatecznie i tak sytuacja nie miała wielkiego znaczenia. A jednak reszta będzie mieć przekonanie, że to moja wina, choć nie przyłożyłam do tego palca. Nienawidzę siebie za to, że jestem taka nierozgarnięta i za każdym razem, gdy ktoś otwiera do mnie usta, moja głowa staje się pustym naczyniem. Szkoda, że nie jestem na tyle wredna, aby wypominać innym błędy, bo podczas pakowania co jakiś czas znajduję zagubione paragony, które powinny być wysyłane w paczkach. Czasem dostaję towar do spakowania bez paragonu i nie mam siły się o niego upominać, bo D. święcie przekonany o tym, że już go wybił, nie da mi przecież drugiego, a to, że jest tak zakręcony i czasem rzuca wszystko gdzie popadnie, nie jest brane pod uwagę. Przykro mi, że inni zauważają tylko moje błędy, które oczywiście popełniam, a swoich nie przyjmują do wiadomości. Choć tak naprawdę przykro mi, ze z góry jestem pierwsza w kolejce do wytknięcia błędu. Ale to świadczy tylko o tym, że robię tam najwięcej. Obecna praca poza cierpliwością (czasem wydaje mi się, że już większą oazą spokoju być nie mogę) uczy mnie tego, że jestem beznadziejna i nie powinnam pakować się do branży, o której nie mam zielonego pojęcia, bo to skutecznie pogłębia moje przekonanie, że nie nadaję się do niczego. Właśnie, i tutaj przypomina mi się moment, w którym D. odkrył, że potrafię pisać, tak jakby przeciętny mieszkaniec Ziemi nie posiadł tej umiejętności. Dzięki temu co jakiś czas jestem wrabiana w jakieś pisemne zadanie, co uważam za głupotę, bo jako ktoś mający niewielkie pojęcie o branży, w której pracuje, nie powinnam pisać poważnych dokumentów. Może wypadałoby, abym cieszyła się, że jestem doceniana pod tym względem, ale nie cieszy mnie to ani trochę. Zawsze dręczyło mnie to, że ktoś odkryje moje tajne umiejętności i będzie je wykorzystywał, przy czym nie uważam tych umiejętności za nic szczególnego. Napisanie zdania po polsku nie jest trudne dla rodowitej Polski jaką jestem, a oto patrzcie na popularność mojego bloga, która wynosi zero. Tak potrafię pisać, niesamowite jakie ma to odzwierciedlenie w rzeczywistości.  Najgorsze w tym wszystkim, w tej pracy, jest to, że każdy jest życzliwy i nikt nie ma złych intencji, a wskazanie błędu nigdy nie odbywa się w formie karcącej. Jak w większość sobót także i dzisiaj do pracy przyjechałam do pracy rowerem. W środku dnia lunął deszcz, więc szefowa zaproponowała, że odwiezie mnie do domu, jeśli nie przestanie padać. W panice modliłam się do “boga deszczu”, aby przegnał czarne chmury. Piętnaście minut drogi z obcą osobą wydaje się sto razy większym cierpieniem niż powrót w strugach deszczu. Widzicie, nikt tu nie miał złych intencji, wręcz przeciwnie, a mi już działa się krzywda na samo wyobrażenie powrotu do domu z czyjąś obecnością u boku. Nienawidzę siebie i tego, że miejsce, które uratowało mi życie zaczyna działać mi na nerwy i już odliczam dni ku końcowi, który przyniesie innych koniec, i boję się tego słowa - koniec ostateczny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz