Moja cera jest nieustannie kapryśna, z czym ciężko mi się pogodzić. Jedyny sposób, jaki znajduję, aby rozwiązać ten problem, to unikanie luster i wmówienie sobie, że wcale nie jestem tak brzydka, na jaką wyglądam. Ciągle patrzę z żalem na opadające po każdym myciu włosy. Przecież i tak mam ich mało, nawet D. potwierdził jeszcze zimą swoim okiem znawcy, więc nie wiem, czemu nawet i one postanowiły mnie opuścić. Nie mogę myć ich rzadziej niż co drugi dzień, bo wyglądają tragicznie, więc co drugi dzień tracę je garściami. Jedną garść, gdy rozczesuje kosmyki po całym dniu, drugą - gdy myję głowę, trzecią - gdy rozczesuje włosy po myciu (jeszcze mokre czy już suche, bez różnicy, wypada ich tyle samo), a na końcu czwartą, gdy przeciągam po nich lekko dłońmi. Wypadają, jakby nic ich już nie trzymało. Może przesadzam z pomiarem garściami, ale nigdy nie traciłam tak dużo włosów na raz, więc ciągle jestem w smutnym szoku. Czuję się gruba, bo prawdopodobnie taka jestem. Poranki są chłodne, więc nie jeżdżę rowerem do pracy, a popołudnia senne i wietrze, więc również rower stoi w kącie. Ostatnio udało mi się wybrać na przejażdżkę i jeszcze jutro pojadę rowerem do pracy. Przejrzałam pogodę i obiecują jeszcze słońce, ale zobaczymy jak to będzie. Jesień i tak przyjdzie, nie da się tego uniknąć. Jeśli nie przerzucę swojej aktywności fizycznej z dworu na ćwiczenia w domu, przytyję, a czasem mam wrażenie, że tego boję się bardziej niż bezrobocia. Nie mam jednak siły na dietę, bo nagle jakaś część mnie wmówiła sobie, że przemieni się to w zaburzenia odżywiania, choć najprędzej w późniejszy efekt jojo. Wszystkie drastyczne akcje kończą się zawsze czymś gorszym, a mi tego gorszego już wystarczy. Wiem, te trzy problemy (czy powinnam wziąć ten wyraz w cudzysłów?), które mają wspólny mianownik - ciało, pokazują przesadne skoncentrowanie na powierzchowności. Oczywiście wkurza mnie, że nie potrafię oderwać się od siebie, ale te myśli o ciele są przykrywką problemów, nie tyle co realnych, ale duchowych, o których nie chcę pamiętać. Nie twierdzę, że problemy cielesne są mniej ważne od innych, niektórych mogą przytłaczać mocno; po prostu uważam, że akurat ja nie powinnam narzekać. Łysa, z twarzą potwora i ciałem słonia mogłabym być najpiękniejszą osobą na świecie, gdyby moje wnętrze lśniło zamiast gnić. Chciałabym być osobą ciepłą i radosną, taką,w której towarzystwie inni chcą przebywać, bo przyciąga ich tajemnica związana z niepoprawnym optymizmem wobec smutków życia. Niestety, piszę do ludzi, a oni milczą, jakby nie chcieli mnie znać i tak pewnie jest. Zaczynam wierzyć, że ten, kto chce znaleźć dla nas czas, znajdzie go mimo wszystko. Jeśli ktoś nie potrafi wyskrobać dla mnie godziny w ciągu całego roku, coś jest chyba tutaj nie tak i twierdzę, że to ja ze mną coś jest nie tak, skoro nie przyciągam do siebie ludzi. Zaczęłam niepozornie od moich “problemów” cielesnych i chciałam przejść do opowieści na temat pracy obecnej i przyszłej, która jeszcze nie istnieje, ale tak dużo piszę o tym z moją imienniczką, że tym razem sobie daruję. Za to poruszę temat, jakże równie gorący i ostatnimi czasy często goszczący w tym miejscu. Mój ojciec. Mój ojciec umiera od dzisiaj oficjalnie. Nie będzie operacji, ani niczego. Przez to, że tak długo zwlekał, nie da się wyciąć w całości tego, co mu urosło, więc nie będzie wycięte wcale. Nie wiem kto o tym zdecydował, pewnie on, przecież nikt ze mną o tym nie rozmawia, wiem tyle, ile podsłucham, choć nie muszę specjalnie wytężać słuchu. Mieszkam w bloku, tu ściany są cienkie, słyszę sąsiadów z góry, a co dopiero z sąsiedniego pokoju. Właśnie usłyszałam, że musieliby odciąć mojemu ojcu głowę, żeby pozbyć się tego cholerstwa w nim. Jeśli tak wygląda kara za grzechy przeszłe, chcę odpokutować i zostać świętą, bo wcale nie uważam, że jestem lepsza od mojego ojca. Będzie umierał w bólu (choć ma iść na terapię leczenia bólu czy coś takiego, nie znam się na tym, ale spotkał znajomego doktora, któremu remontował kiedyś mieszkanie i nie ma to jak znajomości), w niechęci rodziny, a przecież to nie tak powinno wyglądać; powinien walczyć do końca otoczony miłością najbliższych. Moja miłość własna dobiła ledwo do zera (ale to już nie minus), więc jak mam kochać jeszcze kogoś. Jeśli dzieje naszej rodziny niczego nas nie nauczą, po co to wszystko. Rozpłakałam się okropnie zupełnie nie wiem czemu, a może wiem, bo to niesprawiedliwe, bo to ja powinnam umierać, ten wyrok powinien spaść na mnie, bo może wtedy ci wszyscy którzy milczą, chcieliby spotkać się ze mną tak bardzo, jeśli miałby być to nasz ostatni raz. Wiem, to okrutne odwracać tę historię, to nie mój dramat, wiem, ciągle powtarzam, że wiem tyle rzeczy, ale tej jednej nie wiem, czemu milczycie. Czy mógłby ktoś tu do mnie przyjść, wbrew mojej woli, i przytulić tak mocno, żeby wcisnąć ze mnie wszystko co złe?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz