24.08.2018

996.

Dzisiaj będzie litania bólu związana z moim miejscem pracy (i nie tylko). Proszę mnie źle nie zrozumieć. Jestem wdzięczna za te kilka miesięcy, które polepszyły moją egzystencję do tego stopnia, że częściej myślałam o życiu niż śmierci, ale nie oszukujmy się, wszystko ma swoje pozytywne i negatywne strony. Chcę też zaznaczyć, że ten wpis będzie wyłącznie moim subiektywnym punktem widzenia, a jak wiadomo nie od dziś, jestem niestabilna emocjonalnie, czyli wszystko ostatecznie jest kłamstwem. Nie mam na celu nikogo oceniać, a tym bardziej obrażać. Po prostu przez pryzmat emocji, które jak wiemy zawsze opadają, sytuacje opisane przeze mnie mogą jawić się nad wyraz dramatycznie i niesprawiedliwe, natomiast powodujący je ludzie zachowywać się tak, jakby świadomie robili mi przykrość. Prawda jest jednak taka, że intencje tych osób wcale takie nie są i nieświadomie sprawiają, że poziom mojego zdenerwowania i stresu wzrasta. Wiem, że nikt nie potrafi czytać w cudzych myślach, dlatego rozumiem, że nikt nie spostrzeże, że jestem cała w niedomówieniach i gram, aby innym nie zrobić przykrości, a ostatecznie to mi najbardziej przykro; przykro, że złoszczę się na siebie, a przecież od roku BTS powtarza “love yourself”. I co? I nic. Pewne rzeczy są dla mnie niewykonalne w tym życiu. Może powinnam zaczynać tak każdy wpis. Ostrzegać, że wszystko o czym tu piszę to ekstremalna wersja moich dni i lepiej nie brać tego do siebie. Przepraszam, ale czasem naprawdę nie mogę inaczej i muszę mieć to jedno smutne miejsce, jakim jest ten blog, aby ktoś jeszcze pamiętał jak to wyglądało dla mnie.
Przyszłam dzisiaj do pracy, jak w 90 procent przypadków przed szefową. Nie powinnam otwierać sklepu jako stażystka, nie powinnam tego robić teraz. Nikt nie powinien obdarzać mnie takim zaufaniem, nawet jeśli jestem godną zaufania osobą. Raz nadepnęłam na siatkę, w której były spławiki do wysyłki. Wypadki się zdarzają, choć powinnam zacząć od tego, że ta siatka nie powinna w ogóle leżeć na podłodze, ale tam wszystko leży na podłodze, cały ten bałagan, choć bałagan w tym przypadku to mało powiedziane. Tam nie ma warunków do pracy. Kiedy moja noga po raz pierwszy przekroczyła próg tego miejsca byłam zafascynowana rozmieszczeniem tych wszystkich rzeczy na tak małej powierzchni, że nie dostrzegłam tego syfu. Nie chciałam jednak o tym pisać. Powiem tylko, że spławik wymieniłam cichaczem, a należność za zniszczenie wrzuciłam do kasy, co jest głupie, bo przecież na koniec dnia gotówka musi się zgadzać. Oczywiście w tym przypadku nadwyżka na pewno nie zrobiła żadnego kłopotu. Tak szczerze to burdel z kasą też tam występuje. Przyszłam do pracy, a właściwie gdy już do niej szłam, zauważyłam czekającego przy furtce przedstawiciel z jednej z firm. Poznałam go już z daleka po nazwie umieszczonej na samochodzie. Udałam się po kluczyk do sklepu obok. Nie noszę go ze sobą, aby nigdy nie posądzono mnie o kradzież, gdyby takowa miała miejsce. Poza tym tak było wcześniej, klucz zostawiali obok, więc mimo całej moje sympatii do pracujących tam osób, które są w porządku, denerwuje mnie, że aby wejść do sklepu “naszego” , muszę odwiedzić kogoś po drodze. Furtkę otworzyłam tak, aby pan przedstawiciel mnie nie zauważył. Chciałam tym zyskać na czasie, licząc, że zaraz pod bramę podejdzie szefowa. Nic bardziej mylnego. Nie dość, że przedstawiciel zauważył mnie i podążył moim śladem, to szefowa nie przyjechała prędko. Po dziesięciu minutach zadzwoniłam, aby dowiedzieć się, czy ktoś planuje wspomóc mnie w tym trudnym czasie, czy może mam dwie godziny siedzieć z panem przedstawicielem. Będę za osiem minut stało się dwudziestoma minutami. Jak się potem okazało, szefowa przeżyła z rana szok na widok swoich owłosionych nóg, więc musiała je ogolić, akurat na chwilę przed godziną otwarcia sklepu. Zanim przybyła szefowa cierpiałam okropnie. Dawno się tak nie spociłam. Musiała rozmawiać z obcą osobą, która jak się okazało była ode mnie starsza tylko cztery lata, a w dodatku mówić na ty. Dowiedziałam się, że pan, to znaczy on, jest zajęty, więc odetchnęłam z ulgą, bo każde “niesaprowaną” jednostkę traktuję jak potencjalne zagrożenie. Nie zrozumcie mnie źle. Ludzie są naprawdę mili i nie mają złych intencji, ale fakt, że muszę być z obcym kimś sama, sprawia, że mam pustkę w głowie i chce mi się płakać, a dzisiaj chciało mi się w szczególności. Byłam zła na to, że życie stawia mnie w takiej niekomfortowej sytuacji. Jak można wytłumaczyć obcej osobie, że jestem tu, bo nie miałam wyjścia, jeśli chciałam żyć. Takich rzeczy nie mówi się nikomu, a już na pewno nie o ósmej rano. Uśmiechałam się więc głupio, mówiąc same głupoty. Nie wiem, jak wyglądają obroty w sklepie, a jak prezentuje się sprzedaż w internecie, nie znam faktur, nic nie wiem, jestem tam najniższym w hierarchii pracownikiem, nawet nie interesującym się branżą, w której pracuję. Przyszłam tu, bo nie miałam wyjścia, jeśli chciałam uratować się od ciemności, która znowu wyciągała ręce do mojej szyi. Jedyne na co mnie stać to wykonywanie swoich obowiązków najlepiej jak potrafię, a ostatecznie wychodzi, że i tak nie potrafię nic. Moja niewiedzenia nie przeszkadza jednak pozostałym współpracownikom w zawaleniu mnie pracami, które mogliby wykonać sami, dlatego między swoimi stałymi obowiązkami wykonuję też dziesiątki innych, tak dla zabawy, abym nie myślała o tym, co mnie smuci chociaż przez te osiem godzin w ciągu dnia. Najbardziej zwaliło mnie z nóg pytanie o moje zainteresowania. Rozumiem, że przedstawiciele handlowi muszą być rozgadani, ale mi zrobiło się słabo, bo przecież nie mam żadnych zainteresowań, a nawet jeśli, to wszystko jest tak płytkie, a moje zaangażowanie połowiczne. Mnie interesuje tylko przetrwanie dnia w pracy i powrót do domu, do odciętych od świata czterech ścian, w których i tak po czasie się duszę tęskniąc za czymś realnym i dobrym. Oczywiście musiałam wspomnieć o Korei Południowej, która jest zawsze moim ostatnim ratunkiem, a i tak wychodzi, że chyba trochę kłamię, bo nie potrafię opowiadać o niej z pasją. Co lubię w Korei, że mnie tak fascynuje? Nie wiem, pewnie każdy mężczyzna z zespołu, który nigdy nie będzie mój, ale o takich rzeczach nie mówi się obcym facetom. Przecież mi nawet do głowy nie przyjdzie żadne marzenie w stylu bycia żoną pana z zespołu X czy Y. Nigdy nie miałam takich naiwnych marzeń. Jestem jednak stuprocentowo pewna, że wyznanie, iż słucham koreańskich boys bandów (i girls bandów), to jak wyznanie, że jestem zacofana mentalnie, dziecinna i pewnie wzdycham jak głupia do plakatów. Kiedy świat zrozumie, że bycie fanem nie równa się byciu nienormalnym? Oczywiście nie pociąga mnie tylko przemysł rozrywkowy, inne aspekty kultury i życia w tamtejszym kraju również, ale co ja się będę tłumaczyć obcym ludziom. Kiedy świat da mi spokój i pozwolić cieszyć się rzeczami, a nie tłumaczyć się z tego co lubię? Nie mam zainteresowań, bo mnie na to nie stać. Spytał się, co robię, przecież muszę coś robić. Tak, bawię się w instagram, płaczę na blogu, przewijam tumblra i oglądam mnóstwo vlogów, które zastępują mi obecność znajomych. Nie robię nic, bo mnie na to nie stać. Chciałbym strzelać z łuku, albo jeździć na rolkach i pewnie wszyscy zaraz ochoczo krzyną, więc zrób to, kup sobie łuk i rolki, tylko, co mi po takim hobby, gdy za miesiąc zostanę bez pracy i bez dochodu i wiecie co wtedy zrobię - to co zawsze - rozpłaczę się z zagubienia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz