Nie jestem dobra w obliczeniach, ale minęło mniej więcej pół roku, a moje koncertowe zatyczki do uszu się znalazły. Zamiatałam podłogę w przedpokoju, jak zawsze, gdy trzeba. Stoi tu szafka, wiadomo, na niej telefon, kubek ze śrubokrętami, notesy wciśnięte w organizer, klucze do różnych drzwi oraz dużo różnych pierdół, taki składzik wszystkiego. Zamiatałam tę podłogę, nawet nic nie strąciłam, a na tej podłodze leżał znajomo wyglądający pojemnik z breloczkiem. Szaleństwo, nie wierzyłam własnym oczom. Widocznie ktoś wyciągając coś z tego małego półkowego bałaganu strącił też moje zatyczki. Leżały i czekały na mnie jak prezent. To tak ważna rzecz, że musiałam poświęcić jej oddzielny wpis.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz