Minął rok i znowu poszłam na dożynki, najpierw wyjątkowo grupą, a wieczorem sama. Bo przeważnie chodzę sama i bawię się sama, jeśli nie masz wyjścia to tak robisz. To znaczy masz wyjście, albo siedzisz w domu i oglądasz ściany, albo wchodzisz i oglądasz świat, więc wyszłam z domu. Tłum ludzi, każdy z kimś, parami, grupami, stadami, tylko ja sama jedna jak palec, no nie do końca, ja plus moje duchy przeszłości. Ludzi tłum, a myśli takie dziwne. Ktoś to kiedyś już śpiewał. Nie znalazłam tych zatyczek, rozpłynęły się gdzieś, lecz nie wiadomo gdzie. Przyszłam posłuchać jednego zespołu z czterech zaproszonych. Stałam bardzo blisko sceny, ale z boku, za głośnikami. Szkoda, że nie można tak na każdym koncercie, ale szkoda że nie każdy jest na boisku pod lasem. Stałam i obserwowałam ludzi. Było mnóstwo młodzieży, której styl ubierania bardziej przypominał fanów grupy rockowej, a nie disco. Podczas wakacji nie ma obciachu, bo grupą ludzi z którą spędza się czas jest grupa wybrana, a nie przypadkowy zlepek negatywnie oceniających osobowości klasowych. Wszyscy bawili się świetnie, niektórzy nawet za dobrze zataczając się od ilości wlanego w siebie alkoholu. Słuchałam, obserwowałam, uśmiechałam się. Kim byłam w tym tłumie? Czy byłam kimkolwiek? Jakaś podpita pani przyjezdna zapytała o rozkład imprezy, ale nie znałam go na pamięć. Ktoś na mnie wpadł dwa razy i dobrze, że wtedy nie upadłam, na tę trawiastą murawę, bo byłam ubrana za ładnie, aby stracić takie ubrania w zetknięciu ziemią. Choć ziemia spiera się łatwo, trawa trochę gorzej. Stałam tam, ale jakby mnie tam nie było, bo moje myśli krążyły wokół spraw ciężkich, a nie lekkiej wiejskiej potańcówki. Wszyscy mieli jakieś życie, a nawet jeśli na ten moment gorsze od mojego, potrafili zaszaleć w ten jeden wieczór. Ludzie pełni emocji, wierni fani gatunku, albo fani na jedną noc, dali się ponieść tej fali, a ja stałam i słuchała, patrzyłam i nagrałam coś na pamiątkę. Mój ojciec był fanem disco polo, pewnie jak wszyscy w szalonych latach 90-tych. Jedno z moich najwcześniejszych wspomnień z dzieciństwa to kilkuletnia ja na koncercie znanego zespołu. Nie wiem, czy to prawda, ale mam taki obraz sceny w głowie, obraz dużej sceny. Czy byłabym kimś innym, gdyby ojciec miał jakiś wpływ na moje życie? Wpływ nie tylko negatywny, ale pozytywny i rozwojowy? Czy byłabym dziewczyną, która chodzi za rękę z chłopakiem na wiejskie festyny? Pytań wiele, ale na żadne nigdy nie uzyskam odpowiedzi, choć liczę po cichu, że po śmierci dowiemy się, jak pięknie wyglądałoby moje życie, gdyby wszystko nie poszło w nim nie tak jak trzeba. Naprawdę chciałabym być najbardziej zwyczajną dziewczyną pod słońcem, prostą i głupszą niż jestem, dla której wszystko byłoby czarno białe i toczyło się według utartego biegu, pierwsze zakochanie, pierwszy pocałunek, pierwszy partner, ślub i wesele, pierwsze dziecko, kolejne dziecko, praca, wymarzony dom na działce z olbrzymim ogrodem i sadem. Nawet nie jestem w stanie dopuścić do siebie prawdy o sobie, bo załamię się po raz jedyny i ostatni. Więc poszłam na ten festyn wiedząc, że ktoś taki jak ty by ze mną na niego nie poszedł i zrozumiałam, że muszę przestać przelewać na ludzi swoje wizje życia, które mogłoby zaistnieć. Potrzebuję z kimś zatańczyć. Tak bardzo lubiłam tańczyć przez pół swojego życia. Potrzebuję, aby ten fizyczny ból zniknął. Cztery dni pod rząd było podejrzenie dobrze, chodziłam uśmiechnięta i wdzięczna a dzisiaj, po zarwanej nocy, obudziły mnie znajome dolegliwości i już nie mogę znieść tego wszystkiego i chwyta mnie za gardło strach, że nie wygrzebię się z tego nigdy i nigdy już nic nie będzie miało sensu. Przyszłam sama, wróciłam sama, choć wracałam z tłumem młodzieży. Nie muszę mówić, że jako jedyna zarzuciłam na siebie kamizelkę odblaskową? Wszyscy pozostali byli ubrani na czarno. To ten wiek, mój, że śmierć nie jest straszna, ale to ta bieda, że mandat byłoby za wysoki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz