11.08.2025

1781.

Nieporozumienie czy niezrozumienie? Wyszłam z domu na koncert muzyki, której nawet nie słucham, w tłum ludzi, których nawet nie znam. Właściwie to wsiadłam w samochód brata z jego narzeczoną i jej koleżanką i pojechaliśmy. Stałam sama, aby chronić swój słuch, bo moje koncertowe zatyczki się nie znalazły, a wydanie prawie stu złotych na identyczne, aby użyć ich podczas jednego wyjścia, byłoby głupotą przy mojej biedzie. Stałam sama, pośród tłumu obcych ludzi, a właściwie obok, bo w tym ścisku ktoś po lewej i po prawej stronie zahaczał o mnie swoim ciałem. Stałam sama, bo młodsze pokolenie z którym przyjechałam udało na plac bliżej sceny, w dodatku kontrolowany. Może to lepiej, nie wiem, co powiedziałby ochroniarz, gdyby zobaczył, że mam w woreczku pokrojony w kawałki imbir, w razie mdłości podczas podróży samochodem, i ciekawe, czy wiedziałby, że to imbir. Uwielbiam być anonimem w tłumie ludzi, być związana z tym tłumem wspólnym celem, a jednak bez przymusu odzywania się do kogokolwiek. Stałam oparta o murek, jak dobrze, że miałam ten murek, i patrzyłam, słuchałam i myślałam o tym, że cały świat nie ma sensu. Chciałabym być w tłumie bliżej sceny i pomachać do kamery z głupią minął, ale ktoś kiedyś zniszczył mi słuch jednym rzutem petardy, choć jestem przekonana, że na to nie zasłużyłam. Stałam tam zmęczona i chciałam, aby wszystko się skończyło. Zmęczona tym czego nie mam i tym co mam, czyli niekończący się fizyczny ból, który sprawia, że tracę zmysły. Próbuję się nie załamać, ale gdzieś w głębi siebie jestem przerażona, że to się nie kończy, te pięć lat bólu i zmęczenia odbiły się we mnie w najgorszy możliwy sposób. I nie mogę się poddać, bo to zniszczy innych. Nie mogę poinformować mojej rodziny, że nie mogę tak dłużej żyć, bo nie stać już nikogo na moje leczenie. Boże, gdybym miała pieniądze zamknęłabym się w zakładzie psychiatrycznym na resztę życia skoro do klasztoru mnie nie przyjmą. Cisza. Obiecałam sobie, że już nigdy nie odezwę się do nikogo. Nie dlatego, że mam w sobie negatywne uczucia względem innych. Uwierzyłam, że jestem tak zepsutym człowiek, że nie powinnam niszczyć nikomu życia swoją obecnością dopóki się nie naprawię, a w takim tempie, jak wiemy, nie wystarczy mi czasu. Jestem na przegranej pozycji. Chyba, że dosięgnie mnie ręka samego Boga, położy ją na mojej małej głowie i powie “dziecko, wracaj do domu, od teraz wszystko będzie dobrze”. Ale myślę sobie, jestem tutaj i nie jest dobrze. Jak od “jestem dostępny kiedy tylko będzie miała ochotę” przeszliśmy do w domyśle - denerwujesz mnie - włóż sobie tę lampkę w …ę. Czy tak zachowują się dorośli? Czy mężczyźni w moim świecie nie mają szacunku do kobiet? Czy naprawdę zasłużyłam na to co mam, a czego nie chciałam? Czy potrafię, a wiem, że potrafię, być ponad to i przeprosić? Czy niezależnie od tego po czyjej stronie leży wina, zawsze jestem skłonna prosić o wybaczenie, bo zawsze czuję się winna? Wybaczcie mi za to, że żyję, ale naprawdę nie żyję już lat, od dziecka, bo dziecko we mnie umarło wraz z za krótkim dzieciństwem. Cisza. Jest we mnie tylko jedno pragnienie, aby ból fizyczny zniknął, abym przestała się budzić z rana z uczuciem, jakby przejechał mnie czołg i ulgę miało przynieść tylko dobicie. Chcę być kimś innym i chcę innego życia. Nie wierzę, że zostałam stworzona do tak marnych rzeczy, jak umieranie z bólu, naprawdę to jest tak bardzo słabe, że i mi robi się już słabo. I słabo mi, bo byłam przez chwilę zakochana w czymś, co nigdy nie istniało.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz