Szybciej niż się spodziewałam. Moje szczęście głupca. Czas bez internetu
wypełniłam różnymi rzeczami tylko nie nauką, wmawiając sobie, że mam
jeszcze miesiąc. A miesiąc przecież minie za szybko.
Od razu po północy – a przecież miałam iść spać gdy tylko huk fajerwerków ucichnie – zaczęłam pisać, bo internet już nie działał. Powstało opowiadanie. Jestem tak bardzo zdziwiona, że nadal nie wiem, co z tym faktem zrobić. Za to wiem, kto mógłby się ucieszyć, tak szczerze, gdym opublikowała. Zrobię to?
W ogóle witam w nowym roku. Już o piątej rano obudziłam się z bólem brzucha, było mi słabo, gorąco i myślałam, że zdechnę, ale znacie moje (nie)szczęście – przeżyłam. No dobrze, muszę przyznać, że tym razem chciałam przeżyć, dlatego niech nie gniewa się na mnie starsza (ale tylko troszeczkę) część społeczeństwa za kolejne słowa o umieraniu (o ile to przeczyta).
Dzisiaj obejrzałam film – Fabrykę zła (Napola/Before the Fall). Nie przepadam, a nawet nie lubię filmów o tematyce wojennej, ale ten, aż mnie skręca w żołądku, gdy znowu widzę te wszystkie sceny przed oczami. Może dlatego, że byli młodzi i wrażliwi. Wybuch granatu, krew ściekająca po twarzach, walka na ringu, przytuleni na podłodze w łazience i jedna z ostatnich – zima, lód, nurkowanie i krzyk. Znowu wybrałam idealnie. Tyle emocji. Po takich seansach na nowo kocham smutek, który czasem pożera mnie jak rdza.
Potem dokończyłam czytać zbiór opowiadań „Lustro” (1998) Ewy Schilling (która Schilling naprawdę nie jest, bo to pseudonim, a prawdziwe nazwisko pozostaje ciągle nieznane) i jeszcze bardziej dało o sobie znać wszystko to, o czym milczę. Lubię, jak potrząsają mną teksty. (Tylko, gdy zetkniecie się kiedyś z treścią, to za dużo sobie nie wyobrażajcie, dobrze?)
„…ale Boże, dzięki ci, bo wciąż mam to, co mi dała w prezencie pożegnalnym – cyjanek…”
I ja się pytam, gdzie moja kobieta z cyjankiem?
Niedawno (dwie godziny temu) przesłuchałam kilka albumów Epik High. Rzadko słuchałam rapu, ale po koreańsku uwielbiam, zwłaszcza, że z sensem, boleśnie prawdziwie/prawdziwie boleśnie i chyba mam dzisiaj przypływy zbyt wielu emocji, bo kręci mi się w głowie. Oczywiście pozytywny akcent też się znalazł, zwłaszcza na ostatnio wydanym albumie.
Teraz oglądam tzw. fancamy z Sylwestra w Korei i chyba mi zbyt wesoło od tych wszystkich interakcji między płcią męską. Tylko niejakiemu panu Kim Jonghyunowi mam ochotę zasadzić kopniaka. Przyczynę przemilczę.
Może na tym skończę dzisiejszy wpis, bo im dalej brnę, tym coraz bardziej się rozluźniam, a nie chciałabym w którymś momencie przegiąć. Zresztą, widać, że znowu nie mam nic ciekawego do powiedzenia.
Od razu po północy – a przecież miałam iść spać gdy tylko huk fajerwerków ucichnie – zaczęłam pisać, bo internet już nie działał. Powstało opowiadanie. Jestem tak bardzo zdziwiona, że nadal nie wiem, co z tym faktem zrobić. Za to wiem, kto mógłby się ucieszyć, tak szczerze, gdym opublikowała. Zrobię to?
W ogóle witam w nowym roku. Już o piątej rano obudziłam się z bólem brzucha, było mi słabo, gorąco i myślałam, że zdechnę, ale znacie moje (nie)szczęście – przeżyłam. No dobrze, muszę przyznać, że tym razem chciałam przeżyć, dlatego niech nie gniewa się na mnie starsza (ale tylko troszeczkę) część społeczeństwa za kolejne słowa o umieraniu (o ile to przeczyta).
Dzisiaj obejrzałam film – Fabrykę zła (Napola/Before the Fall). Nie przepadam, a nawet nie lubię filmów o tematyce wojennej, ale ten, aż mnie skręca w żołądku, gdy znowu widzę te wszystkie sceny przed oczami. Może dlatego, że byli młodzi i wrażliwi. Wybuch granatu, krew ściekająca po twarzach, walka na ringu, przytuleni na podłodze w łazience i jedna z ostatnich – zima, lód, nurkowanie i krzyk. Znowu wybrałam idealnie. Tyle emocji. Po takich seansach na nowo kocham smutek, który czasem pożera mnie jak rdza.
Potem dokończyłam czytać zbiór opowiadań „Lustro” (1998) Ewy Schilling (która Schilling naprawdę nie jest, bo to pseudonim, a prawdziwe nazwisko pozostaje ciągle nieznane) i jeszcze bardziej dało o sobie znać wszystko to, o czym milczę. Lubię, jak potrząsają mną teksty. (Tylko, gdy zetkniecie się kiedyś z treścią, to za dużo sobie nie wyobrażajcie, dobrze?)
„…ale Boże, dzięki ci, bo wciąż mam to, co mi dała w prezencie pożegnalnym – cyjanek…”
I ja się pytam, gdzie moja kobieta z cyjankiem?
Niedawno (dwie godziny temu) przesłuchałam kilka albumów Epik High. Rzadko słuchałam rapu, ale po koreańsku uwielbiam, zwłaszcza, że z sensem, boleśnie prawdziwie/prawdziwie boleśnie i chyba mam dzisiaj przypływy zbyt wielu emocji, bo kręci mi się w głowie. Oczywiście pozytywny akcent też się znalazł, zwłaszcza na ostatnio wydanym albumie.
Teraz oglądam tzw. fancamy z Sylwestra w Korei i chyba mi zbyt wesoło od tych wszystkich interakcji między płcią męską. Tylko niejakiemu panu Kim Jonghyunowi mam ochotę zasadzić kopniaka. Przyczynę przemilczę.
Może na tym skończę dzisiejszy wpis, bo im dalej brnę, tym coraz bardziej się rozluźniam, a nie chciałabym w którymś momencie przegiąć. Zresztą, widać, że znowu nie mam nic ciekawego do powiedzenia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz