Rozkuto kajdany ściskające myśli. Jak
zarządzać wolnością, gdy nigdy się jej nie miało? Jak uchronić się przed
ponownym uwięzieniem? Jak omijać dawne ścieżki? Jak dotrzeć do ludzi,
gdy wiesz, że słowa nie zmieniają życia, a milczenie jest złotem, lecz
to jedyne co masz w obliczu kilkuset kilometrów? Jak pozwolić innym
odejść, gdy są pulsem w twojej głowie? Jak zniknąć bez podejrzenia o
porzucenie? Jak pracować, gdy trudno zapanować nad powolnym ciałem? Jak
zachować dobre myśli, gdy wkradają się złe? Jak nie pokładać ufności w
sobie, a w Najwyższym?
Staram się zebrać obrazy do pracy
magisterskiej; przeglądam, podpisuję, porządkuję. Miasta Europy w
malarstwie polskim przełomu XIX i XX wieku; miasta, których nigdy nie
zobaczę, co jest zupełnie nie ważne, choć może właśnie w jednym z takich
miast byłoby więcej pożytku ze mnie niż tutaj gdzie jestem. Czytam
dalej Złodziejkę, czytam Dziennik z Iowa, czytam
książki o św. Barcie Albercie Chmielowskim. Staram się robić to, co do
mnie należy; ważę każdy ruch, każde słowo, każdą myśl, starając się nie
zgubić spokoju i tak jest, choć nie rozumiem, czemu zdarza mi się
płakać; nie wiem, czy to bardziej z radości, czy ze zmian, bo czuję, że
coś pęka i niedługo przyjdzie rozstać się nie tylko z przeszłością, ale
stanąć twarzą w twarz z prawdą, a ma ona wiele kobiecych imion, bo znam
tylko kobiety, a dzielą mnie miesiące od poważnych rozmów. Tak długo
uciekałam, przed sobą. Nie wiem, co powinna powiedzieć; długo milczałam
jak zaklęta. A jeśli zostawię i powiem jedynie „przepraszam”.
Usłyszałam: jeśli pokłada się nadzieję w ludziach, a oni zawodzą, to potem się cierpi. Czy to było źródło rozpaczy? Czy właśnie dlatego wszystko było tak smutne i zamazane?
Minęły dopiero cztery dni. Nie pozwól, by
strach przed przyszłymi latami zatarł ostateczny cel; nie pozwól bym
szukała ukojenia tam, gdzie nie powinnam; nie pozwól, bym straciła
optymizm, który od zawsze we mnie był, tylko przykryty kurzem…
„Drzwi się otwierają. Drzwi pamięci –
surowe, drewniane, zamykane na drewnianą zasuwę. Takie same, jakie
wieczorem zatrzaskują się za bydłem w oborze. Zwierzęta śpią, potem
budzą się w noc wigilijną, gadają, znów śpią. Lecz moje drzwi to stalowe
drzwi speluny, która przed godziną wypluła mnie na trotuar. Piłem, ale
nie byłem pijakiem. Już kiedyś leżałem na trotuarze, zgubiłem medalik.
Srebrny, orłem w koronie i Matką Boską. Zgubiłem wtedy swoje
dzieciństwo? Siebie? Płakałem potem nad plastikową miską w łazience u
Marcina: on to rozumiał – zgubiłem siebie.” (Grzegorz Musiał, Dziennik z Iowa)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz