22.03.2013

726. Zgubić i odnaleźć.

Rozkuto kajdany ściskające myśli. Jak zarządzać wolnością, gdy nigdy się jej nie miało? Jak uchronić się przed ponownym uwięzieniem? Jak omijać dawne ścieżki? Jak dotrzeć do ludzi, gdy wiesz, że słowa nie zmieniają życia, a milczenie jest złotem, lecz to jedyne co masz w obliczu kilkuset kilometrów? Jak pozwolić innym odejść, gdy są pulsem w twojej głowie? Jak zniknąć bez podejrzenia o porzucenie? Jak pracować, gdy trudno zapanować nad powolnym ciałem? Jak zachować dobre myśli, gdy wkradają się złe? Jak nie pokładać ufności w sobie, a w Najwyższym?

Staram się zebrać obrazy do pracy magisterskiej; przeglądam, podpisuję, porządkuję. Miasta Europy w malarstwie polskim przełomu XIX i XX wieku; miasta, których nigdy nie zobaczę, co jest zupełnie nie ważne, choć może właśnie w jednym z takich miast byłoby więcej pożytku ze mnie niż tutaj gdzie jestem. Czytam dalej Złodziejkę, czytam Dziennik z Iowa, czytam książki o św. Barcie Albercie Chmielowskim. Staram się robić to, co do mnie należy; ważę każdy ruch, każde słowo, każdą myśl, starając się nie zgubić spokoju i tak jest, choć nie rozumiem, czemu zdarza mi się płakać; nie wiem, czy to bardziej z radości, czy ze zmian, bo czuję, że coś pęka i niedługo przyjdzie rozstać się nie tylko z przeszłością, ale stanąć twarzą w twarz z prawdą, a ma ona wiele kobiecych imion, bo znam tylko kobiety, a dzielą mnie miesiące od poważnych rozmów. Tak długo uciekałam, przed sobą. Nie wiem, co powinna powiedzieć; długo milczałam jak zaklęta. A jeśli zostawię i powiem jedynie „przepraszam”. Usłyszałam: jeśli pokłada się nadzieję w ludziach, a oni zawodzą, to potem się cierpi. Czy to było źródło rozpaczy? Czy właśnie dlatego wszystko było tak smutne i zamazane?

Minęły dopiero cztery dni. Nie pozwól, by strach przed przyszłymi latami zatarł ostateczny cel; nie pozwól bym szukała ukojenia tam, gdzie nie powinnam; nie pozwól, bym straciła optymizm, który od zawsze we mnie był, tylko przykryty kurzem…

Drzwi się otwierają. Drzwi pamięci – surowe, drewniane, zamykane na drewnianą zasuwę. Takie same, jakie wieczorem zatrzaskują się za bydłem w oborze. Zwierzęta śpią, potem budzą się w noc wigilijną, gadają, znów śpią. Lecz moje drzwi to stalowe drzwi speluny, która przed godziną wypluła mnie na trotuar. Piłem, ale nie byłem pijakiem. Już kiedyś leżałem na trotuarze, zgubiłem medalik. Srebrny, orłem w koronie i Matką Boską. Zgubiłem wtedy swoje dzieciństwo? Siebie? Płakałem potem nad plastikową miską w łazience u Marcina: on to rozumiał – zgubiłem siebie.” (Grzegorz Musiał, Dziennik z Iowa)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz