Gdyby nie książki wypożyczone do napisania referatu, mogłabym ciągle
pytać, gdzie popełniłam błąd, gorączkowo przeszukując przeszłość i
walcząc z niedobrymi myślami. Chwila, w której zaczynasz rozumieć, jest
jak wybawienie, a łzy są jedynie oznaką ulgi umęczonego umysłu.
Przyznanie się do błędu przychodzi trudno, a nawet gdy następuje, nie
oznacza cudownego oczyszczenia sytuacji. Potrzeba czasu i sumiennej
pracy nad sobą.
Moment, w którym skierowałam myśli na siebie, był nieodpowiedni, gdyż doprowadził do egoizmu przejawiającego się we wszystkich wymiarach rzeczywistości. Pamiętam tamte dni, ciągnące się bez końca i nadziei, gdy chciałam czegoś dla siebie, a pragnienie było tak silne, że zaślepiło umysł. Oczekiwałam uzdrowienia, które nigdy miało nie nastąpić. („Ich znajomości „balansują” – raz się do kogoś zbliżają, innym razem (gdy druga osoba zacznie się nimi interesować) tę osobę od siebie odpychają. Szukają bezskutecznie idealnej osoby, która będzie ich wybawieniem – nada sens ich egzystencji, wypełni pustkę w ich życiu, wybawi od huśtawek nastroju oraz bólu psychicznego i nigdy ich nie opuści.”) Nie rozsądne było oczekiwanie czegoś absurdalnego od nowych osób i tych cierpiących więcej ode mnie. Nie powinnam pozwolić na to, by moje drugie ja przejęło kontrolę nad rozsądkiem. Nie powinnam nosić ukrytego i nieświadomego żalu, dlatego że nikogo przy mnie nie było. Przede wszystkim nie powinnam uciekać od tego, kim jest, a zaakceptować to, czego nigdy nie zmienię. Nie powinnam nienawidzić siebie, bo później przekłada się to na znajomość z innymi. Nie powinnam uciekać od ludzi, jeśli chcę wyjść poza egocentryczny sposób bycia. („Osoby te mają ambiwalentny stosunek do innych – pragną bliskości, czują że potrzebują drugiej osoby, jednocześnie boją się bliskości i bywają nastawieni wrogo.” „Im ktoś jest bliżej nich tym większa ogarnia ich panika.”)
Chciałabym to wszystko zapamiętać i po raz kolejny próbować wprowadzić w życie, pokonywać trudności i nie poddawać się mimo ciosów. Wiem, że to będzie cholernie trudne i trwające do ostatniego oddechu. Chciałabym nie bać się, że stracę nadzieję lub zmysły. Chciałabym trwać i wyjść poza siebie. Chciałbym chcieć.
(„Osoby te mają tendencje do postrzegania w czarno-białych barwach – do polaryzowania percepcji i myśli do skrajnych stanów: dobry-zły. Popadają w skrajności. To, co jest dobre wg nich jednego dnia, może być złe następnego – mają problem ze stałością. Postrzeganie z tendencją do skrajności powoduje, że również ich spojrzenie na nich samych, poczucie tożsamości, rozsypuje się na strzępy. Ich poglądy i myśli wpadają w coraz większą huśtawkę. Przestają ufać innym (bo oni ich rozczarowują). Przestają ufać sobie. Przestają rozumieć innych, przestają być rozumiani. Przestają rozumieć nawet siebie. Gubią się tak mocno, iż kwestionują nawet istnienie – swoje i świata. Próbują uciekać od siebie zatracając własną tożsamość; rodzi się w nich uczucie pustki, przed którą uciekają w ryzykowne, a nawet fizycznie bolesne, zajęcia.”)
Chciałabym nigdy nie zapominać kim jestem, skoro zaczynam już rozumieć i przyznawać się do wstydliwych cech osobowości i wad. Chciałabym pamiętać, że samemu nie da się wygrać, bo wygrać można tylko z pomocą Najwyższego. I nawet jeśli moje myśli krążą wokół „ciemnej strony mocy”, jeśli nie raz zaprzeczałam temu, marząc o własnej śmierci, by dać kres temu, co niezrozumiałe i męczące, nie potrafiłabym, rozumiecie, nigdy nie potrafiłabym jednym strzałem w skroń przekreślić tego, w co wierzę i o co staram się modlić. Bo gdy chcę odejść z tego świata, to tylko w jedno miejsce, a czynem hańbiącej rozpaczy tego nie osiągnę. Ani egoizmem. Ani paranoją.
Cóż, taki wylew szczerości nie zdarza mi się często i pewnie jeszcze przez jakiś czas będzie trwać we mnie przekonanie, że nie powinnam się tutaj uzewnętrzniać, ale z drugiej strony mam ten komfort, że mało znajomych osób tu zagląda (prawie nikt). Tak, ten wpis to chwila skupienia, a potem trzeba wracać i żyć dalej w wirującej rzeczywistości, gdzie wszystko jest dwa razy trudniejsze niż pisanie przemyśleń na białym polu.
Moment, w którym skierowałam myśli na siebie, był nieodpowiedni, gdyż doprowadził do egoizmu przejawiającego się we wszystkich wymiarach rzeczywistości. Pamiętam tamte dni, ciągnące się bez końca i nadziei, gdy chciałam czegoś dla siebie, a pragnienie było tak silne, że zaślepiło umysł. Oczekiwałam uzdrowienia, które nigdy miało nie nastąpić. („Ich znajomości „balansują” – raz się do kogoś zbliżają, innym razem (gdy druga osoba zacznie się nimi interesować) tę osobę od siebie odpychają. Szukają bezskutecznie idealnej osoby, która będzie ich wybawieniem – nada sens ich egzystencji, wypełni pustkę w ich życiu, wybawi od huśtawek nastroju oraz bólu psychicznego i nigdy ich nie opuści.”) Nie rozsądne było oczekiwanie czegoś absurdalnego od nowych osób i tych cierpiących więcej ode mnie. Nie powinnam pozwolić na to, by moje drugie ja przejęło kontrolę nad rozsądkiem. Nie powinnam nosić ukrytego i nieświadomego żalu, dlatego że nikogo przy mnie nie było. Przede wszystkim nie powinnam uciekać od tego, kim jest, a zaakceptować to, czego nigdy nie zmienię. Nie powinnam nienawidzić siebie, bo później przekłada się to na znajomość z innymi. Nie powinnam uciekać od ludzi, jeśli chcę wyjść poza egocentryczny sposób bycia. („Osoby te mają ambiwalentny stosunek do innych – pragną bliskości, czują że potrzebują drugiej osoby, jednocześnie boją się bliskości i bywają nastawieni wrogo.” „Im ktoś jest bliżej nich tym większa ogarnia ich panika.”)
Chciałabym to wszystko zapamiętać i po raz kolejny próbować wprowadzić w życie, pokonywać trudności i nie poddawać się mimo ciosów. Wiem, że to będzie cholernie trudne i trwające do ostatniego oddechu. Chciałabym nie bać się, że stracę nadzieję lub zmysły. Chciałabym trwać i wyjść poza siebie. Chciałbym chcieć.
(„Osoby te mają tendencje do postrzegania w czarno-białych barwach – do polaryzowania percepcji i myśli do skrajnych stanów: dobry-zły. Popadają w skrajności. To, co jest dobre wg nich jednego dnia, może być złe następnego – mają problem ze stałością. Postrzeganie z tendencją do skrajności powoduje, że również ich spojrzenie na nich samych, poczucie tożsamości, rozsypuje się na strzępy. Ich poglądy i myśli wpadają w coraz większą huśtawkę. Przestają ufać innym (bo oni ich rozczarowują). Przestają ufać sobie. Przestają rozumieć innych, przestają być rozumiani. Przestają rozumieć nawet siebie. Gubią się tak mocno, iż kwestionują nawet istnienie – swoje i świata. Próbują uciekać od siebie zatracając własną tożsamość; rodzi się w nich uczucie pustki, przed którą uciekają w ryzykowne, a nawet fizycznie bolesne, zajęcia.”)
Chciałabym nigdy nie zapominać kim jestem, skoro zaczynam już rozumieć i przyznawać się do wstydliwych cech osobowości i wad. Chciałabym pamiętać, że samemu nie da się wygrać, bo wygrać można tylko z pomocą Najwyższego. I nawet jeśli moje myśli krążą wokół „ciemnej strony mocy”, jeśli nie raz zaprzeczałam temu, marząc o własnej śmierci, by dać kres temu, co niezrozumiałe i męczące, nie potrafiłabym, rozumiecie, nigdy nie potrafiłabym jednym strzałem w skroń przekreślić tego, w co wierzę i o co staram się modlić. Bo gdy chcę odejść z tego świata, to tylko w jedno miejsce, a czynem hańbiącej rozpaczy tego nie osiągnę. Ani egoizmem. Ani paranoją.
Cóż, taki wylew szczerości nie zdarza mi się często i pewnie jeszcze przez jakiś czas będzie trwać we mnie przekonanie, że nie powinnam się tutaj uzewnętrzniać, ale z drugiej strony mam ten komfort, że mało znajomych osób tu zagląda (prawie nikt). Tak, ten wpis to chwila skupienia, a potem trzeba wracać i żyć dalej w wirującej rzeczywistości, gdzie wszystko jest dwa razy trudniejsze niż pisanie przemyśleń na białym polu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz