29.03.2013

729. Wyjątkowy piątek.

Powiadają: Żydzi ukrzyżowali Chrystusa. Zabili Boga. I – huziaaa! Zabić Żyda! – bo Żydzi zabili Boga… A ty, chrześcijaninie, z gardłem pełnym słusznego wrzasku, co robisz, aby twój Bóg żył? Co zrobiłeś wczoraj? Co robisz – dziś, w tej chwili? Jakie gwoździe nienawiści ze swej kieszeni wyrzuciłeś, by nie raniły Rąk? Jaki cierń otuliłeś watą miłosierdzia, by nie zraniły Skroni? Którym słowem – mógłbyś to rzec Jemu, gdyby teraz uczynił sąd – gasiłeś płomień, który w Piecu Świata gore?
- Grzegorz Musiał, Dziennik z Iowa

Triduum Paschalne to mój ulubiony, jak i najważniejszy, czas w roku. Tak było zawsze. Lubię obserwować ludzi w kościele i milczeć, gdy śpiew unosi się pod sufit. Ujmują mnie takie momenty, może dlatego że dotyka nas nieumiejętność głębokiego przeżywania, nie tylko świąt. Bywa, że stojąc w kościele i wsłuchując się w słowa modlitw, wzbiera we mnie fala wzruszenia. Chciałabym umieć zatrzymać ją na dłużej i wynosić poza mury świątyni, gdzie neguję całe swoje uczuciowe życie lub chowam gdzieś głęboko.
Jednak dzisiaj nie o tym chciałam, a o nieplanowanym staniu obok siebie w kościele – mam tu na myśli moje przyjaciółki (bliźniaczki) i siebie. Pewnie ktoś pomyśli: co może być w tym nadzwyczajnego? Mi jednak przypomniały się dni, kiedy będąc dziećmi, umawiałyśmy się i razem wędrowałyśmy do kościoła, szczególnie na nabożeństwa majowe i różaniec w październiku. W ciepłe dni często zachodziłyśmy potem na lody. W pamięci mam też mszę z zeszłorocznych wakacji, na którą poszłam z G. Był upał, wybrałyśmy godzinę siedemnastą, rozmowa nie kleiła się w żadną stronę, ani gdy szłyśmy, ani gdy wracałyśmy. Pamiętam, że miałam na sobie żółtą spódnicę i bluzkę w duże kwiaty; pamiętam, że miałam mętlik w głowie i byłam chora w swoim zamkniętym umyśle. I chyba ten smutek ciągnął się długo, nawet był wczoraj, gdy zaczepiłam G., szturchając ją w ramię, gdy przechodziła z mamą przez bramkę, podczas gdy ja ze swoją czekałam na brata. Przywitałyśmy się z uśmiechem, lecz gdy siedziałam sama w samochodzie, czekając na kierowcę, znów poczułam się winna. Ale dzisiaj, gdy stałyśmy obok siebie w kościele, śpiewając pieśni wielkopostne, pomyślałam, że wszystko wróciło do normy, że znów jest tak jak dawniej.
Pokładałam i pokładam wiele nadziei w tym świętym czasie. Chciałabym, żeby zaowocował czymś dobrym, chciałabym już nigdy nie wrócić do życia, jakie trwało przez ostatnie pół roku, choć jestem świadoma, że ze swoimi skłonnościami do błądzenia, ucieczek, popadania w schematy i robienia z siebie celu, do którego należy strzelać, gdy wszystko inne zawodzi, może być trudno. Ale teraz nie mogę patrzeć na to, co przede mną inaczej niż pozytywnie. I nawet nie wiem, skąd we mnie ten spokój, tak obcy chaosowi, gdy nocami modliłam się o swoją śmierć. Tak bardzo skupiona na sobie, tak bardzo niesprawiedliwa, tak bardzo nie chcąca się zmienić. Wiem, gdzie popełniłam błąd. Wiem już, do Kogo zwracać się o pomoc. W końcu rozmowy z mieszkańcami Nieba są darmowe. ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz