23.09.2013

778. Zazwyczaj dowalamy sobie za winy niepopełnione...

Zazwyczaj dowalamy sobie za winy niepopełnione. Przykładowo, gdy coś jawi nam się jako przyczyna tego, iż rzekomo jesteśmy bezwartościowi, a nasze poczucie bycia gorszym od innych (bo oczywiście zamiast zaprzestać porównywania się z innymi, robimy to przy każdej okazji, jakbyśmy nie mogli zbudować siebie od podstaw, bez ingerencji innych osób, często z poza naszej rzeczywistości, wnoszących do naszego życia tylko poczucie winy za niedoskonałości ciała lub umysłu), mówi nam, że warto każdą porażkę w naszych oczach zakończyć mocnym uderzeniem w siebie samych. A żeby przypadkiem nie zapomnieć, dokładamy kolejnych ciosów, później coraz bardziej naturalnie, jakby nasze życie polegało na kolekcjonowaniu urazów i wynajdywaniu coraz to nowszych luk oddalających od doskonałości posiadanej przez innych. Takim sposobem skupiamy się na sobie, lecz w destruktywny sposób. Im bardziej nam się nie udaje, tym bardziej chodzimy poobijani, przy okazji dowalając wszystkim tym, którzy są nieskazitelni w naszych oczach, a nie potrafią nam pomóc. Bo skoro mi przyszło być gorszym, czemu wszyscy ciut lepsi się mną nie zajmą. I nie, oni nie mają prawa do gorszy dni; przecież i tak mają więcej. Z jednej strony obwiniamy siebie za syf świata, by z drugiej strony poturbować też innych, aby nie czuć się obco ze swoim przekonaniem i odciążyć nasze wypchane negatywnymi uczuciami dusze, które naprawdę zostają jeszcze bardziej zagracone przez cały chaos wynikający z nieumiejętności i rozróżnienia przyczyn. I tak, przykładowo, twierdzimy, że jesteśmy nieatrakcyjni, ale nie możemy być nieatrakcyjni sami z siebie. Nie do zaakceptowania jest nasza atrakcyjność, nawet, gdy słyszymy zapewnienia o jej istnieniu i niedorzeczności naszych słów, ale nie, jesteśmy nieatrakcyjni, tak właśnie myślimy i obwiniamy o to, może, rodziców, którzy nie zapewnili nam odpowiednich genów, więcej, czemu jeszcze nie zaczęli zbierać dla nas na operacje plastyczne. Dochodzimy do absurdów i sami czujemy się potem absurdami i już właściwie nie wiemy, co jest prawdą, kim jesteśmy w tej plątaninie kłamstw, których nie chcieliśmy, ale różne sytuacje, nieumiejętnie przetrawione, zaczęły w nas pielęgnację fałszywych myśli. Żeby było zabawniej, wierzymy tak bardzo w nasze kłamstwa o niedoskonałości, odrzuceniu przez innych czy naszej niskiej wartości, że nie potrafimy dostrzec jak uderzamy w innych, gdy racjonalnymi argumentami próbują dotrzeć do naszych irracjonalnych przekonań, chcąc wyprowadzić z błędów. Czasem wygląda to tak, jakbyś do szaleństwa zakochali się w nieodpowiedniej osobie, mordercy czy gwałcicielu, i nikt nie jest w stanie wykorzenić z nas oślepiającego uczucia, dopóki sami nie zrozumiemy, że nie tędy droga, jeśli chcemy się uwolnić. Błądzimy długo, tracimy siły, inni wkoło nas także; zamykamy się w sobie, oddalamy. Ile lat żyjemy zniewoleni schematami, w które sami się uwikłaliśmy, bo nikt nie wytłumaczył nam, że coś jest nieprawdą? Potem łatwiej brnąć nam w znane „jestem zerem”, niż pójść nową drogą, powiedzieć sobie dosyć i spojrzeć na samego siebie przychylnym okiem. I jak mamy nie wierzyć innym, gdy nas poniżają, jeśli sami się poniżamy? Jak mamy lubić innych, gdy nie lubimy siebie? A gdy nastaje moment przełomu i dostrzegamy, powoli, ale jednak, że jesteśmy wypchani kłamstwami na temat samych siebie, nie jest łatwiej, bo nagle orientujemy się, że nie wiemy, kim jesteśmy. Boimy się tego, co znajdziemy pod stertą brudu. Rany, ciągle otwarte; strach; „wstydliwe” pragnienie bliskości; łzy nieokazywane nikomu? Dochodzimy do chwili, gdy chcemy zmian, ale to także nie jest proste. Samemu trudno próbować, porządkować, gdy ma się tendencje do komplikacji, tworzenia wręcz burdelu w głowie. To trochę jak z odchudzaniem. Na początku wierzymy w swoje siły, trzymamy się nowych postanowień, by po jakimś czasie zanotować kryzys i chęć powrotu do starych przyzwyczajeń. I jest tylko jedno lekarstwo – inni ludzie. Kto nie przyzna mi racji, że ze wsparciem jest łatwiej? Kto mi powie, że życzliwie nastawiony do nas człowiek nie jest cenną siłą dodającą otuchy?
Latami żyłam z nienawiścią do samej siebie. Nie potrafię wskazać momentu rozpoczynającego; nie potrafię też wskazać momentu chęci wyrwania się ze szponów negatywnych uczuć. Choć możliwe, że pewnego razu dowaliłam sobie tak bardzo, iż miałam tylko dwie drogi: wykrwawienie się na amen lub wołanie o pomoc. (Z głębokości wołam do Ciebie, Panie!, Psalm 130) Nie chcę snuć opowieści o dokonanych wyborach; o tym, jaka była, a jaka jestem; zapewniać o zmianach; deklarować poprawę. Chciałabym, żeby to było widać po mnie, po moim życiu. Tylko wtedy inni uwierzą, że się zmieniłam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz