Zazwyczaj dowalamy sobie za winy
niepopełnione. Przykładowo, gdy coś jawi nam się jako przyczyna tego, iż
rzekomo jesteśmy bezwartościowi, a nasze poczucie bycia gorszym od
innych (bo oczywiście zamiast zaprzestać porównywania się z innymi,
robimy to przy każdej okazji, jakbyśmy nie mogli zbudować siebie od
podstaw, bez ingerencji innych osób, często z poza naszej
rzeczywistości, wnoszących do naszego życia tylko poczucie winy za
niedoskonałości ciała lub umysłu), mówi nam, że warto każdą porażkę w
naszych oczach zakończyć mocnym uderzeniem w siebie samych. A żeby
przypadkiem nie zapomnieć, dokładamy kolejnych ciosów, później coraz
bardziej naturalnie, jakby nasze życie polegało na kolekcjonowaniu
urazów i wynajdywaniu coraz to nowszych luk oddalających od doskonałości
posiadanej przez innych. Takim sposobem skupiamy się na sobie, lecz w
destruktywny sposób. Im bardziej nam się nie udaje, tym bardziej
chodzimy poobijani, przy okazji dowalając wszystkim tym, którzy są
nieskazitelni w naszych oczach, a nie potrafią nam pomóc. Bo skoro mi
przyszło być gorszym, czemu wszyscy ciut lepsi się mną nie zajmą. I nie,
oni nie mają prawa do gorszy dni; przecież i tak mają więcej. Z jednej
strony obwiniamy siebie za syf świata, by z drugiej strony poturbować
też innych, aby nie czuć się obco ze swoim przekonaniem i odciążyć nasze
wypchane negatywnymi uczuciami dusze, które naprawdę zostają jeszcze
bardziej zagracone przez cały chaos wynikający z nieumiejętności i
rozróżnienia przyczyn. I tak, przykładowo, twierdzimy, że jesteśmy
nieatrakcyjni, ale nie możemy być nieatrakcyjni sami z siebie. Nie do
zaakceptowania jest nasza atrakcyjność, nawet, gdy słyszymy zapewnienia o
jej istnieniu i niedorzeczności naszych słów, ale nie, jesteśmy
nieatrakcyjni, tak właśnie myślimy i obwiniamy o to, może, rodziców,
którzy nie zapewnili nam odpowiednich genów, więcej, czemu jeszcze nie
zaczęli zbierać dla nas na operacje plastyczne. Dochodzimy do absurdów i
sami czujemy się potem absurdami i już właściwie nie wiemy, co jest
prawdą, kim jesteśmy w tej plątaninie kłamstw, których nie chcieliśmy,
ale różne sytuacje, nieumiejętnie przetrawione, zaczęły w nas
pielęgnację fałszywych myśli. Żeby było zabawniej, wierzymy tak bardzo w
nasze kłamstwa o niedoskonałości, odrzuceniu przez innych czy naszej
niskiej wartości, że nie potrafimy dostrzec jak uderzamy w innych, gdy
racjonalnymi argumentami próbują dotrzeć do naszych irracjonalnych
przekonań, chcąc wyprowadzić z błędów. Czasem wygląda to tak, jakbyś do
szaleństwa zakochali się w nieodpowiedniej osobie, mordercy czy
gwałcicielu, i nikt nie jest w stanie wykorzenić z nas oślepiającego
uczucia, dopóki sami nie zrozumiemy, że nie tędy droga, jeśli chcemy się
uwolnić. Błądzimy długo, tracimy siły, inni wkoło nas także; zamykamy
się w sobie, oddalamy. Ile lat żyjemy zniewoleni schematami, w które
sami się uwikłaliśmy, bo nikt nie wytłumaczył nam, że coś jest
nieprawdą? Potem łatwiej brnąć nam w znane „jestem zerem”, niż pójść
nową drogą, powiedzieć sobie dosyć i spojrzeć na samego siebie
przychylnym okiem. I jak mamy nie wierzyć innym, gdy nas poniżają, jeśli
sami się poniżamy? Jak mamy lubić innych, gdy nie lubimy siebie? A gdy
nastaje moment przełomu i dostrzegamy, powoli, ale jednak, że jesteśmy
wypchani kłamstwami na temat samych siebie, nie jest łatwiej, bo nagle
orientujemy się, że nie wiemy, kim jesteśmy. Boimy się tego, co
znajdziemy pod stertą brudu. Rany, ciągle otwarte; strach; „wstydliwe”
pragnienie bliskości; łzy nieokazywane nikomu? Dochodzimy do chwili, gdy
chcemy zmian, ale to także nie jest proste. Samemu trudno próbować,
porządkować, gdy ma się tendencje do komplikacji, tworzenia wręcz
burdelu w głowie. To trochę jak z odchudzaniem. Na początku wierzymy w
swoje siły, trzymamy się nowych postanowień, by po jakimś czasie
zanotować kryzys i chęć powrotu do starych przyzwyczajeń. I jest tylko
jedno lekarstwo – inni ludzie. Kto nie przyzna mi racji, że ze wsparciem
jest łatwiej? Kto mi powie, że życzliwie nastawiony do nas człowiek nie
jest cenną siłą dodającą otuchy?
Latami żyłam z nienawiścią do samej
siebie. Nie potrafię wskazać momentu rozpoczynającego; nie potrafię też
wskazać momentu chęci wyrwania się ze szponów negatywnych uczuć. Choć
możliwe, że pewnego razu dowaliłam sobie tak bardzo, iż miałam tylko
dwie drogi: wykrwawienie się na amen lub wołanie o pomoc. (Z głębokości wołam do Ciebie, Panie!, Psalm 130)
Nie chcę snuć opowieści o dokonanych wyborach; o tym, jaka była, a jaka
jestem; zapewniać o zmianach; deklarować poprawę. Chciałabym, żeby to
było widać po mnie, po moim życiu. Tylko wtedy inni uwierzą, że się
zmieniłam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz