11.09.2013

775. Przyjaźnie małe i duże.

Historie wplecione w piosenki, kartki książek wypchane opowieściami, filmy snujące wątki, czy to zbyt wiele fikcyjnych sytuacji, choć prawdopodobnych i możliwych do zaistnienia, miesza mi w głowie tak bardzo, że przenoszę je na znajomych i już nie wiem, kto jest kim? Jakie są nasze role, jaki jest nasz scenariusz, jaka melodia gra nam w duszach? A może inaczej, może cudze historie otwierają mi oczy i widzę mnóstwo niedociągnięć, niedomówień, przemilczeń? Nie kłamię, ale też nie mówię prawdy; nikt nie pyta, nikt nie otrzymuje odpowiedzi; nikt nie potrzebuje moich słów, które mają wyjaśniać, bo nikt nie wie, co niby mogłyby wyjaśniać; ostatecznie i zawsze wychodzi na to, że to u mnie trzeszczy odbiornik. Jak siebie ustawiłam, tak mam. I to mnie wkurza; gdy moje ustawienie w oczach innych jest kłopotliwe, a najlepiej powiedzieć, że „znowu sobie coś ubzdurałam”. Dobrze, jeśli moje odczucia są bzdurą, proszę się nie dziwić, że zaczynam milczeć. Po co wam kolejne bzdury? Właściwie stać mnie tylko na jedną z tych notek, gdzie w trakcie gubię się między osobami i mieszam wątki; gdzie wszystko zlewa się w całość i nikt nie umie odgadnąć, gdzie tkwił problem. A jeśli problemem jestem tylko ja, to będzie dalsza część mojej walki przeciwko sobie samemu, o siebie. Muszę się wypisać, by potem nie wybuchnąć, przy kimś, bo to nie prowadzi do niczego dobrego. „Musisz z kimś rozmawiać, bo tłumienie wszystkiego w sobie do niczego dobrego nie prowadzi.” Bla, bla, bla. Oczywiście, że nie prowadzi; mam wrzody na duszy. (Umiesz mnie otworzyć, zrób to.) Jednak mniejsze niż kilka miesięcy temu, mogę się pochwalić. Od czasu do czasu muszę sobie szczerze porozmawiać, sama ze sobą, bo i tak ostatecznie zacne gron specjalistów twierdzi, że sobie coś tam ubzdurałam. Dziękuję za szczerość, która nie jest przyjemna w odbiorze, ale chociaż wiem, kto traktuje mnie jak zlepek nadprogramowych bzdur. Spoko. Wiecie, to czasem wygląda tak, jakbym taplam się w gówienku, a inni się z tego śmieją, gdy ostatecznie obracam wszystko w żart. Spoko, uwielbiam czarne komedie i nie ma w tym ani odrobiny ironii.
Teraz do innych niewiast. Popatrz, widzisz, dostrzegasz? Moje ciało nie współpracuje z moim wnętrzem; jestem zablokowana, pilnuje każdego ruchu, dobieram starannie słowa, nie umiem okazać radości, nie umiem okazać rozpaczy… nie potrafię tego wszystkiego, gdy jestem z ludźmi. Czuję się niepewnie. Do niedawna myślałam, że tego typu zaburzenia pojawiają się wśród obcych, nieznanych, sporadycznie spotykanych, niestety, teraz już przy wszystkich. Swoboda towarzyszy mi tylko w samotności i przy domownikach. Jestem nader żywiołową osobą; wybucham śmiechem na cały blok, wykrzykuję pojedyncze słowa na całe gardło, komentuję wszystko, co ukazuje mi telewizor, często z najmłodszym bratem. Razem jesteśmy szaleni. Wszystko jest proste, zwyczajne i nieskomplikowane, bo z dala od świata, który nie tyle, co odrzuciłam, ale nie zostałam w nim przyjęta w sposób, jaki chciałam, a innej drogi nie było. Nikt nie chciał prowadzić skomplikowanej marudy, rozumiem. Nigdy nie przypuszczałam, że posunę się tak daleko, że będę coraz bardziej nieobecna, że inni pozwolą mi znikać, a jednak szeptane do snu miesiącami: „po prostu mnie zostawcie, niech samo się rozpadnie” zaistniało. Niestety, niepotrzebnie, bo jak zwykle za późno, gdyż życzenie stało się nieaktualne, kiedy postanowiłam odrobinę urosnąć (chyba tak jak Lilly z „Hotelu New Hampshire”; jej się nie udało, obawiam się, że może mnie spotkać ta sama porażka). Zamieniłam więc dawne życzenie w inne: „powiedz mi jak mam żyć, bo nie wiem, czym jest życie”. Szukam rozwiązania w prostocie, staram się kierować prosto, nie zapętlać, nie stwarzać sztucznych tworów myślowych. Gdy hormony płatają mi figle, do czego jestem przyzwyczajona, gdy brak mi cukru we krwi lub jestem strapiona, zastanawiam się, czy trwa we mnie stan przejściowym czy wręcz permanentny. Rozeznaję czyja to sprawka, że czuję się tak przerażająco nieswojo. Może brudnego smutku, który nie umiera nigdy, a może to coś nowego, jeszcze nienazwanego, co wiedzie nas ku końcu? Na palcach jednej ręki potrafię policzyć, ile razy widziałyśmy się w ciągu dziesięciu miesięcy. Moja wina, moja wina, moja wina. Nagle nie potrafię sobie przypomnieć, jak to było chodzić razem do jednej klasy, na wspólne zakupy, nocne zabawy; przesiadywać godzinami na rozmowach o wszystkim i niczym. Nie wiem, jak to było, gdy nie rozdzielił nasz czas, odległość, własna codzienność – moja coraz bardziej zamknięta, twoja coraz bardziej otwarta. Czy nie mam racji twierdząc, że brak wspólnie przebytego czasu osłabia więzi? Jednak wiem, że nie to szwankuje. Przecież bywa, że nie widuję kogoś często, nas też nie pierwszy raz wciągnęło własne życie, ale z drugiej strony są tacy, których nie widziałam przecież nigdy, a gdy przywołuję w myślach ich postaci, są jakby bliższe; mogę przeżyć z nimi wszystko, tak jak tylko zechcę. Czy wydają się bliższymi, bo nie przeżyłam z nimi jeszcze nic? Czy to daje mi komfort namalowanie siebie, jak tylko zechcę, bez uników? Mam wrażenie, że weszłam w rolę, której wcale nie chciałam przyjąć, ale dostałam taką, lepszej nie było, a ja chciałam przeżyć, więc gram. I zapomniałam o wszystkich twoich ulubionych rzeczach, nie chciałam znać twoich znajomych (wybacz, akurat tutaj się cieszę, że nie poznałam tej pewnej połowy, bo byłoby ze mną jeszcze gorzej), nie nauczyłam się prześladować twoich dni, choć powinnam skupić się na znanym niż cudzym, ale naiwnie uwierzyłam, że nic nie rozdziela osób takich jak my. Zapomniałam, że skrzywiam się, gdy mnie nie prostują i gdy myślę tak, nie umiem już inaczej, a potem wszystko mi się plącze i nie potrafię znaleźć tego jednego, małego, cholernej błędu, który uruchomił domino, zmieniając wszystko na zawsze. Bo dla mnie już nic nie będzie takie jak dawniej. Nie jest mi dobrze, gdy o tym piszę; jest mi przykro, że wszystko toczy się w ten sposób; niezbadany, nieoczekiwany, nieunikniony. Jednak na tym nie kończy się świat, prawda? Prędzej czy później to musiało się stać. Lepiej, że przyszło wcześniej i niespostrzeżenie. To nie tak, że nie posiadam żadnych wspomnień; mam ich mnóstwo, są piękne i wyraźnie, ale też bolesne, zwłaszcza w porównaniu z tym, że nie potrafię rozpoznać dawnych emocji i uczuć; wszystko wydaje się chłodne i niedostępne. Pamiętam etapy, które odłączały nas po trochu. Ale odłączenia nie muszą być złe. Może jeszcze wyjdzie nam to na zdrowie?
Przesiaduję tygodniami w domu, nie prowokuję myśli, porządkuję dni, a potem muszę iść i żyć, ale jak, gdy świat jest chaosem? Otwieram słoik z porzeczkowym sokiem i rozlewam go na podłogę; wzdrygam się na sygnał dzwoniącej komórki; denerwuję się, gdy mówię; uśmiecham się nienaturalnie; staram się nie analizować wyglądu; nie łączyć faktów, zapomnieć o historiach nie należących do mnie; godzę się z faktem, że dorosłyśmy i rozdzieliłyśmy. Nigdy już nie połączy nas to, co zaiskrzyło, gdy tańczyłyśmy razem na zabawie choinkowej w zerówce. Momentami nawet dochodzę do wniosku, że gdybyśmy nie poznały się jako dzieci, a byłybyśmy teraz tymi osobami, którymi jesteśmy, lecz nie poznanymi ze sobą, nie udałoby się nam zawrzeć znajomości, a co dopiero zaprzyjaźnić tak mocno. (Może dlatego teraz pozostało już tylko spadanie?) Być może ta wypowiedź zahacza o brutalność, ale jest tylko luźną myślą, gdybaniem, które ostatecznie nie znaczy wiele; przecież znamy się od lat. Jeśli jednak cię uderzy, po tym, jak w prosty sposób tutaj dojdziesz, nakierowana (oczywiście) przeze mnie, przypomnij sobie jak próbowałam nie płakać przy mojej małej spowiedzi, a ty obiecałaś, że będziesz przeglądać tego przeklętego bloga, a nie zajrzałaś na niego ani razu, bo nawet nie przyszło ci do głowy, by poprosić o adres, którego przez te wszystkie lata nawet nie zapisałaś. I to nie tak, że mam pretensje. Nigdy nie wymuszam na innych zainteresowania moją osobą. Łatwiej pogodzić się z byciem nudną i niechcianą, niż tracić energię na bycie zauważoną. Może czasem fajnie poczytać, jak ktoś wypruwa sobie flaki w szarej rzeczywistości, ale na dłuższą metę poświęcić potrafi się niewielu i trwać. Przecież wiem, wszyscy bywamy przemęczeni. Sama przyznałam się do zapominania o innych, o tobie też. Ale nie oszukujmy się, jesteś przeciwieństwem mnie.
Próbuję odgadnąć, jakim cudem znam te wszystkie osoby, które znam (w realnym i internetowym świecie), choć są diametralnie różne ode mnie i właściwie nie mamy prawa się znać. Może dlatego, że wszystko jest za mało głębokie, a może przeciwnie, bardzo głębokie i wychodzące poza powierzchowność? A może jesteśmy za bardzo od siebie oddaleni i dzięki temu nie uderzamy boleśnie w swoją codzienność, tylko tak, od czasu do czasu się poszturchamy? Mamy dobre kontakty, bo mamy rzadkie kontakty; mamy rzadkie, więc są słabe. Łączy nas wiele podobnych przeżyć, ale ostatecznie nie łączy nas nic poza wymianą myśli. Chciałam tylko kogoś, z kim mogłabym spędzać beztrosko czas, ale nie dostałam nikogo, chyba za karę, i pozostałam teraz bez siły na jakiekolwiek próby podchodzenia zbyt blisko do ludzi. Gorzej, momentami przeraża mnie moja własna obojętność, której nie chcę, ale ona jest. Momentami brak mi siły. Ostatecznie staram się… staram się nie zabić.
Notkę piszę już trzeci wieczór, może nawet chciałam jej już nie dodawać, gdy wiem, jak bardzo jest nielogiczna, bo co raz zaprzeczam sobie samej. Do tego natrafiłam na wykład, w którym była mowa o strachu. Strach zniewala, boimy się, że coś się nie uda, boimy się, że jesteśmy nieatrakcyjni, niewykształceni, marni, źli, nieporadni, biedni, niekochani, zniewoleni, że nie będziemy umieli żyć bez tego, czy tamtego, że taki albo taki ruch przyniesie nasz koniec i nie damy rady, nie wytrzymamy już dłużej. Lecz, gdzie jest źródło strachu? Rozpoznajecie źródła swoich leków? Moje są nabyte, wlane, niekontrolowane. Tyle jeszcze przede mną, choć już odrapałam morza strachu, i ciągle jestem, i ciągle wierzę. Nie lękajcie się. Może dlatego postanowiłam dodać tą notkę, by nie unikać prawdy niedopuszczonej przez strach. Nie chcę bać się swoich słabości. Chcę obnażyć je przed innymi, by wiedzieli. Wychodzić, być i nie bać się porażek. Nie dać się strachowi. Przestać być obserwatorem; zacząć być aktywnym, wyrywać się i wyjść zza bezpiecznego ”wszystko w porządku, jakoś leci”. Dlatego dodaję tą notkę, bo nie jest dobrze być samemu ze zgniłymi myślami. Boję się, że jednak nie ominę otwartych okien. „Mijaj zdrów otwarte okna.” Nie jestem zdrowa, jeszcze nie. Ale to nie znaczy, że mam przez któreś wyskoczyć, już, zaraz teraz, prawda? (Chociaż ta scena w filmie „Hotel New Hampshire” była akurat piękna, lecz sam film dział się zbyt szybko, zwłaszcza, gdy oglądało się go po zapoznaniu z książką.) Teraz pora zostawić za sobą niepoprawne, przygnębiające myśli, wziąć głęboki oddech, spiąć pośladki i próbować do końca. Nie. Teraz pora na sen. Już po pierwszej.

(Cytat z książki „Hotel New Hampshire”, zdjęcie moje.)     

Dopisek z dnia 12.09.
Wczoraj zapomniałam wspomnieć, że ostatecznie i tak chciałabym zabawić się w gospodynię (którą nigdy nie była i nawet nie umiem być, ale postarałabym się, obiecuję) i zrobić cudowne przyjęcie, na które zaprosiłabym każdą osobę, z którą mam/miałam bliższy kontakt (fakt, nie byłoby to wielkie party). Potem podeszłabym do każdej osoby z osobna i porozmawiała, dzieląc się wszystkimi związanymi z nią myślami. Na koniec podziękowałabym za wszystko, mocno ściskając. Może to przyjęcie wyglądałoby trochę jak etap przejścia wiodący ku wyjaśnieniu, zamknięciu i zniknięciu i może tym by była ta zabawa do rana, ale może byłoby to odejście od dawnego, nieuporządkowanego i wejście w nowe, uporządkowane. Och, aż przypominają mi się tutaj wykłady z Antropologii kultury i słynne rytuały przejścia. Właśnie, przejdźmy przez to razem, kiedyś, bo na razie nadal jesteśmy daleko, za daleko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz