Ostatnie dwa wpisy są już kłamstwem. Książka „Hotel New Hampshire”
okazała się świetna. Im bliżej byłam końca, tym wolniej czytałam; było
mi szkoda rozstawiać się z niesamowitą przygodą. (544 strony minęły
szybko, więc już mam kolejną książkę pana Irivinga i 738 nowych stron.)
Dowiedziałam się, o kim pisała Sara w swoich piosenkach, dopasowałam
sytuacje do słów. Ponadto zastanawiam się, co/kto jest moim
niedźwiedziem. Nauczyłam się, że smutek nie umiera nigdy i smutek z definicji nie bywa miły.
No i zamiast „powodzenia” mam ochotę mówić „mijaj zdrów otwarte okna”.
Miałam nie popełniać zbrodni oglądania ekranizacji, ale już ściągnęłam
film. Chcę się rozczarować osobiście. A jeśli powiem, że chciałabym
pomieszkać w hotelu, czy kiedyś mi się uda? Książki jednak bywają
niebezpieczne; przewracają w głowie. Hotel.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz