Zabawne, jak żałosne są niektóre sytuacje.
Goście w domu; nadal nie wiesz, czemu twoja aspołeczna rodzina zgodziła się na wieczorne posiedzenie przy alkoholu, jakby kupno samochodu, na którego naprawdę was nie stać, bo kilka innych rzeczy rozpada się w mieszkaniu, nagle stało się ważnym i wartym takiego zamieszenia wydarzeniem. Próbujesz ukryć się przed tym hałasem; twoja niedziela nie należała to przyjemnych dni, była wypełniona niepokojem i złymi myślami. Była brutalna i pokaleczyła ci serce, które, niestety, nadal masz, choć wypierasz się jego istnienia.
Nie rozumiesz, jak można wydawać pieniądze na alkohol, przez którego stacza się tak wielu ludzi, w tym twój ojciec, w którego istnienie momentami wątpisz, bo widujesz go raz na rok, gdy zjawia się, sam pewnie do końca nie wiedząc po co.
Jesteś w łazience, w której utknąłeś, a każdy ruch jest zły. Zrezygnowany, siadasz na podłodze. Śmiechy dobiegające z pokoju docierają swoim głośnym dźwiękiem do twoich zbolałych myśli. Czujesz się winny, że nie potrafisz wpasować się w sielankową atmosferę. Z twojego gardła w tej chwili potrafi wydobyć się jedynie żałosny szloch.
Dom, w którym mieszkasz, wypełnili radośni ludzie; ten moment to dla nich odskocznia od często ciężkiego życia, więc czujesz się winny, jako domownik, że ich unikasz, choć powinieneś zasiąść przy wspólnym stole. Czujesz się winny, ale nie potrafisz do nich wyjść, bo to, co robią, wydaje się nie na miejscu. Picie w ten niedzielny wieczór, gdy bliska ci osoba niszczy sobie życie, jest nieodpowiednie. Dołączenie do nich byłoby godzeniem się na zło świata. Gdybyś był przy stole, nie wiesz, czy miałbyś wystarczająco dużo siły, aby powstrzymać łzy, które teraz, gdy chronią cię drzwi łazienki, mogą swobodnie płynąc. Pocieszasz się myślą, że wybrałeś dobrze. Należy oszczędzić gościom śmiesznego widoku zapłakanej twarzy i uniknąć sytuacji, w której miła atmosfera mogłaby się popsuć.
Siedzisz na podłodze, na chwilę obecną pozostaje ci tylko to. Jesteś w środku świata. Rzeczywistość kręci się w koło ciebie, dźwięki wariują, a myśli przygniatają.
Zabawne, jak żałosne potrafią być niekryte sytuację, bo ty jesteś żałosny.
Goście w domu; nadal nie wiesz, czemu twoja aspołeczna rodzina zgodziła się na wieczorne posiedzenie przy alkoholu, jakby kupno samochodu, na którego naprawdę was nie stać, bo kilka innych rzeczy rozpada się w mieszkaniu, nagle stało się ważnym i wartym takiego zamieszenia wydarzeniem. Próbujesz ukryć się przed tym hałasem; twoja niedziela nie należała to przyjemnych dni, była wypełniona niepokojem i złymi myślami. Była brutalna i pokaleczyła ci serce, które, niestety, nadal masz, choć wypierasz się jego istnienia.
Nie rozumiesz, jak można wydawać pieniądze na alkohol, przez którego stacza się tak wielu ludzi, w tym twój ojciec, w którego istnienie momentami wątpisz, bo widujesz go raz na rok, gdy zjawia się, sam pewnie do końca nie wiedząc po co.
Jesteś w łazience, w której utknąłeś, a każdy ruch jest zły. Zrezygnowany, siadasz na podłodze. Śmiechy dobiegające z pokoju docierają swoim głośnym dźwiękiem do twoich zbolałych myśli. Czujesz się winny, że nie potrafisz wpasować się w sielankową atmosferę. Z twojego gardła w tej chwili potrafi wydobyć się jedynie żałosny szloch.
Dom, w którym mieszkasz, wypełnili radośni ludzie; ten moment to dla nich odskocznia od często ciężkiego życia, więc czujesz się winny, jako domownik, że ich unikasz, choć powinieneś zasiąść przy wspólnym stole. Czujesz się winny, ale nie potrafisz do nich wyjść, bo to, co robią, wydaje się nie na miejscu. Picie w ten niedzielny wieczór, gdy bliska ci osoba niszczy sobie życie, jest nieodpowiednie. Dołączenie do nich byłoby godzeniem się na zło świata. Gdybyś był przy stole, nie wiesz, czy miałbyś wystarczająco dużo siły, aby powstrzymać łzy, które teraz, gdy chronią cię drzwi łazienki, mogą swobodnie płynąc. Pocieszasz się myślą, że wybrałeś dobrze. Należy oszczędzić gościom śmiesznego widoku zapłakanej twarzy i uniknąć sytuacji, w której miła atmosfera mogłaby się popsuć.
Siedzisz na podłodze, na chwilę obecną pozostaje ci tylko to. Jesteś w środku świata. Rzeczywistość kręci się w koło ciebie, dźwięki wariują, a myśli przygniatają.
Zabawne, jak żałosne potrafią być niekryte sytuację, bo ty jesteś żałosny.
But nothing seems to quench the thirst you keep on craving,
But now I need an answer to my prayers and you’re not there.
So why I think you listen, listen.
Rano, zaraz po otworzeniu oczu mimowolnie
płaczesz, bo to silniejsze od ciebie. Przypominasz sobie, że na
dobranoc usłyszałeś, abyś już więcej nie ronił łez i robi ci się jeszcze
bardziej głupio, że nie możesz przestać. Nie wiesz, czy płaczesz z
powodu niedzieli, czy z powodu tego, że przed snem odbyłeś dwie rozmowy,
które pokazały ci jak bardzo się myliłeś. Przypominasz sobie dzień, w
którym wkroczyłeś do świata, gdzie pod nickami kryją się ludzie.
Pamiętasz, jak zadziwiająco zaczęło układać się życie; zbyt dobrze, aby
wierzyć, że to prawda. Teraz wiesz, że znów oszukałeś samego siebie.
Pamiętasz panikę, gdy osoby, które polubiłeś, choć ich nie znałeś – i to też jest błędem, który stale popełniasz – nagle zaczęły z tobą rozmawiać. Pamiętasz reakcję, gdy nadeszła pierwsza niespodziewana wiadomość i strach, że to dzieje się za szybko, nie tak, a najlepiej, żeby w ogóle zniknęło, bo jesteś osobą aspołeczną, zamkniętą w sobie i zdystansowaną. Wiedziałeś, że nadejdzie moment, w który czar pryśnie, ale mimo to nie zrezygnowałeś. Nie opuszczała cię myśl, że jesteś głupcem, angażując się w coś, co dla innych jest mniej ważne. Przeklinałeś siebie za dziecinne emocje i drżenie ciała. Wiedziałeś, że to tylko zabawa; przecież wszyscy się bawili, ale ty w pewnym momencie stałeś się zbyt poważny, choć do końca wmawiałeś sobie, że chcesz się tylko bawić.
Osoby takie jak ty, z taką przeszłością jak twoja i z niepewnością wpisaną w życie, potrzebują potwierdzenia. Chcą wiedzieć, co jest prawdą, a co wymysłem wyobraźni, która rozwinęła się wraz z tym, gdy nawiązał się dialog. Wcześniej istniała tylko cisza, a przejście z jednej skrajności w drugą stało się zadziwiające, więc chciałeś wiedzieć, czemu dzieje się tak, a nie inaczej. Ludzie rozbudzili w tobie pragnienia i chęć do życia. Zacząłeś się bać. Nie radzenie sobie z pozytywnymi rzeczami stało się śmieszne, ale taki właśnie jesteś, śmieszny w swej nieumiejętności oddychania.
W niedzielny wieczór, gdy wszystko sypie się za jednym zamachem, kusi cię, by zacząć kolejną rozmowę. Wiesz, że lepiej milczeć, ale nie potrafisz się powstrzymać. Chcesz po prostu porozmawiać. Niestety, tematy zawsze schodzą na zły tor. Dzień wcześniej pomyślałeś, że trzeba pozwolić się temu rozpaść. Gdzie nie spojrzysz, ulatania się dobro, jakby twój wzrok był niszczycielski. Mimo to patrzysz i czekasz.
Rozmawiacie, ta nieszczęsna niedziela i daremne płacze odchodzą na chwilę na bok, uspokoiłeś się, lecz nagle jedno zdanie sprawia, że świat staje w miejscu i w tym momencie wiesz, że wszystko, co namalował twój umysł było słodkim kłamstwem. Wiedziałeś o tym, czułeś to pod skórą, ale wolałeś nie wiedzieć tego na pewno; wolałeś mówić: może jednak to nie prawda; może zależy im tak samo. Jest ci przykro; ale takie sytuacje zawsze wlewają jakiś nieokreślony smutek w twoją duszę. W takim momencie myślisz, że trzymanie się z dala od życia było dobrym rozwiązaniem i walisz głową w ścianę, że znów dałeś się namówić, by wyjść z cienia śmierci. Jest już za późno, by zapomnieć o kimś, kto nie jest tylko nickiem, więc masz ciągle nadzieję, że nie pozostajesz obojętny. Tak naprawdę chcesz, żeby pozwolili się lubić.
Nie masz nikomu za złe, że stało się tak, a nie inaczej, bo jedynym winnym jesteś ty i twoja choroba, która powraca z biegiem lat. Nie smuć się, mówisz do siebie, to nie twoja wina, że nikt nie nauczył cię jak żyć.
Pamiętasz panikę, gdy osoby, które polubiłeś, choć ich nie znałeś – i to też jest błędem, który stale popełniasz – nagle zaczęły z tobą rozmawiać. Pamiętasz reakcję, gdy nadeszła pierwsza niespodziewana wiadomość i strach, że to dzieje się za szybko, nie tak, a najlepiej, żeby w ogóle zniknęło, bo jesteś osobą aspołeczną, zamkniętą w sobie i zdystansowaną. Wiedziałeś, że nadejdzie moment, w który czar pryśnie, ale mimo to nie zrezygnowałeś. Nie opuszczała cię myśl, że jesteś głupcem, angażując się w coś, co dla innych jest mniej ważne. Przeklinałeś siebie za dziecinne emocje i drżenie ciała. Wiedziałeś, że to tylko zabawa; przecież wszyscy się bawili, ale ty w pewnym momencie stałeś się zbyt poważny, choć do końca wmawiałeś sobie, że chcesz się tylko bawić.
Osoby takie jak ty, z taką przeszłością jak twoja i z niepewnością wpisaną w życie, potrzebują potwierdzenia. Chcą wiedzieć, co jest prawdą, a co wymysłem wyobraźni, która rozwinęła się wraz z tym, gdy nawiązał się dialog. Wcześniej istniała tylko cisza, a przejście z jednej skrajności w drugą stało się zadziwiające, więc chciałeś wiedzieć, czemu dzieje się tak, a nie inaczej. Ludzie rozbudzili w tobie pragnienia i chęć do życia. Zacząłeś się bać. Nie radzenie sobie z pozytywnymi rzeczami stało się śmieszne, ale taki właśnie jesteś, śmieszny w swej nieumiejętności oddychania.
W niedzielny wieczór, gdy wszystko sypie się za jednym zamachem, kusi cię, by zacząć kolejną rozmowę. Wiesz, że lepiej milczeć, ale nie potrafisz się powstrzymać. Chcesz po prostu porozmawiać. Niestety, tematy zawsze schodzą na zły tor. Dzień wcześniej pomyślałeś, że trzeba pozwolić się temu rozpaść. Gdzie nie spojrzysz, ulatania się dobro, jakby twój wzrok był niszczycielski. Mimo to patrzysz i czekasz.
Rozmawiacie, ta nieszczęsna niedziela i daremne płacze odchodzą na chwilę na bok, uspokoiłeś się, lecz nagle jedno zdanie sprawia, że świat staje w miejscu i w tym momencie wiesz, że wszystko, co namalował twój umysł było słodkim kłamstwem. Wiedziałeś o tym, czułeś to pod skórą, ale wolałeś nie wiedzieć tego na pewno; wolałeś mówić: może jednak to nie prawda; może zależy im tak samo. Jest ci przykro; ale takie sytuacje zawsze wlewają jakiś nieokreślony smutek w twoją duszę. W takim momencie myślisz, że trzymanie się z dala od życia było dobrym rozwiązaniem i walisz głową w ścianę, że znów dałeś się namówić, by wyjść z cienia śmierci. Jest już za późno, by zapomnieć o kimś, kto nie jest tylko nickiem, więc masz ciągle nadzieję, że nie pozostajesz obojętny. Tak naprawdę chcesz, żeby pozwolili się lubić.
Nie masz nikomu za złe, że stało się tak, a nie inaczej, bo jedynym winnym jesteś ty i twoja choroba, która powraca z biegiem lat. Nie smuć się, mówisz do siebie, to nie twoja wina, że nikt nie nauczył cię jak żyć.
Piszesz notkę. Wraz z każdym zdaniem jest
lepiej, spokojniej. Bierzesz głęboki oddech. Postanawiasz, że znów
zaczniesz się bawić.
The stories they told you still run through your veins.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz