To nie tak, że się wszystkim zachwycam – po prostu potrafię wybrać
rzeczy, które mnie zachwycą, a przynajmniej dobrze mi idzie. Wystarczy
zapowiedź, abym wiedziała, że to jest to, co muszą ujrzeć moje oczy.
Głównie mam tu na myśli książki i filmy.
Po trzech tygodniach oczekiwań (na wolny czas) udało mi się obejrzeć film „Lilie” (1996 rok, reż. John Greyson). Akcja toczy się w więzieniu, gdzie przybywa biskup, aby udzielić spowiedzi koledze sprzed lat, lecz zamiast tego zostaje zmuszony do obejrzenia sztuki teatralnej wystawionej przez więźniów – wszystkie role grają mężczyźni, także żeńskie. Film zbudowany jest na retrospekcji, gdzie sztuka miesza się z obrazami z przeszłości. W historię zaplątanych mamy: zakochanych w przyjaciół: Siomna i Vaillier’a, chorobliwie zazdrosnego o Simona kolegę (przyszłego biskupa), kobietę przybyłą balonem z Francji i porzuconą przez męża matkę Vallier’a.
Do mocnych stron filmu należy oryginalny sposób ukazania historii i zaskakująca akacja. Do tego jest barwny, klimatyczny, z dobrą (dobrze dobraną) muzyką, i co najważniejsze, z ciekawym zakończeniem. Oprócz tematyki homoseksualnej ukazuje również następstwo naszych czynów i ich konsekwencje, które miały wpływ na przyszłe życie innych.
Jestem zachwycona, równocześnie żałując, że seans mam już za sobą. Dawno nie czułam tego dziwnego ścisku w żołądku podczas oglądania. Ostatnio podobne emocje wzbudził we mnie film, który oglądałam jeszcze przed tegorocznymi wakacjami, a mianowicie „North Sea Texas”, a jeszcze wcześniej „No regret” (Huhwihaji anha) i „You’ll be mine” (Je te mangerais). Gwałtowne uczucia targające bohaterami i życiowe komplikacje są tym, czego zawsze szukam, oczywiście poza ciekawą historią. Mam nadzieję, że niedługo natrafię na coś równie fascynującego. Potrzebuję filmów, którymi będę mogła żyć. Jak najdalej od siebie.
Po trzech tygodniach oczekiwań (na wolny czas) udało mi się obejrzeć film „Lilie” (1996 rok, reż. John Greyson). Akcja toczy się w więzieniu, gdzie przybywa biskup, aby udzielić spowiedzi koledze sprzed lat, lecz zamiast tego zostaje zmuszony do obejrzenia sztuki teatralnej wystawionej przez więźniów – wszystkie role grają mężczyźni, także żeńskie. Film zbudowany jest na retrospekcji, gdzie sztuka miesza się z obrazami z przeszłości. W historię zaplątanych mamy: zakochanych w przyjaciół: Siomna i Vaillier’a, chorobliwie zazdrosnego o Simona kolegę (przyszłego biskupa), kobietę przybyłą balonem z Francji i porzuconą przez męża matkę Vallier’a.
Do mocnych stron filmu należy oryginalny sposób ukazania historii i zaskakująca akacja. Do tego jest barwny, klimatyczny, z dobrą (dobrze dobraną) muzyką, i co najważniejsze, z ciekawym zakończeniem. Oprócz tematyki homoseksualnej ukazuje również następstwo naszych czynów i ich konsekwencje, które miały wpływ na przyszłe życie innych.
Jestem zachwycona, równocześnie żałując, że seans mam już za sobą. Dawno nie czułam tego dziwnego ścisku w żołądku podczas oglądania. Ostatnio podobne emocje wzbudził we mnie film, który oglądałam jeszcze przed tegorocznymi wakacjami, a mianowicie „North Sea Texas”, a jeszcze wcześniej „No regret” (Huhwihaji anha) i „You’ll be mine” (Je te mangerais). Gwałtowne uczucia targające bohaterami i życiowe komplikacje są tym, czego zawsze szukam, oczywiście poza ciekawą historią. Mam nadzieję, że niedługo natrafię na coś równie fascynującego. Potrzebuję filmów, którymi będę mogła żyć. Jak najdalej od siebie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz