18.12.2012

691.

Zaczęłam przeglądać archiwum, tak jakoś. Trafiło na marzec 2009. Poniżej wpis (przeredagowany), który zwrócił moją uwagę.

„Ha! Będę idealna w swej hipochondrii. Każdego dnia nowa choroba. Będzie zabawnie. Ale dzisiaj naprawdę nie mogę się zdecydować. Wybór jest stanowczo za duży, stanowczo. Jednak może coś wybiorę z tej długiej listy.
Dość ciekawe zapowiada się Osobowość chwiejna emocjonalnie: typ impulsywny. Popatrzmy na kryteria: tysiące myśli w głowie, wroga postawa, niestabilność emocjonalna, o i jest, chęć wyżycia się na sobie. Kusząca propozycja, jednak muszę się jeszcze zastanowić.
Przejdźmy dalej. Angielska nazwa Obsesive Compulsive Disorder. Brzmi zachęcająco i przyjemnie się wymawia. Co piszą? Uporczywie nawracające myśli oraz przymus wykonania jakiś czynności to podstawowe objawy nerwicy natręctw. Objawy te pojawiają się w natężeniu patologicznym. Najczęstszą jest obsesyjna obawa i konieczność mycia rąk. E tam, rezygnuję. Nie stać mnie na mydło i rachunki za wodę.
Och, mogę przecież pójść na łatwiznę i wybrać zaburzenia odżywiania, ale po tym, co przeczytałam na photoblogu pewnej dziewczyny, w komentarzu od „pana ktosia”, który brzmiał: widzę ze pro-ana zbiera w końcu swoje żniwa i w Lublinie, nie byłabym zbytnio oryginalna. Przereklamowane te zaburzenia odżywiania.
Przeglądam teraz spis chorób na literę „a”. Agorafilia – odczuwanie satysfakcji seksualnej jedynie w miejscach publicznych; algolagnia – zaburzenie seksualne polegające na osiąganiu satysfakcji poprzez zadawanie bólu i cierpienia sobie lub innej osobie. Ta, jeszcze zaburzeń seksualnych mi tu brakowało. Litera „a” odpada.
Na dzisiaj wystarczy tego „dobrego”. Zadowolę się w zupełności wmówieniem sobie, że czerwona herbata powoduje u mnie depresję i wszyscy będą szczęśliwi, nawet moja depresja.”

Nie wiem, jak wy (jeśli jesteście) patrzycie na ten wpis, ale mnie w pewien sposób bawi. Żałuję tylko, że moja autoironia przez lata podupadła (muszę to naprawić), a raczej zmieniła się w czarny humor i nasilone wizje śmierci, jakbym czuła zbliżający się koniec świata, którego nie będzie. Nie zmieniłam się od tamtej pory. Jestem jedynie świadoma tego, że to nie jest i nigdy nie była hipochondria. Z drugiej strony, dla kontrastu, ukrywam przed sobą jeszcze więcej rzeczy niż kiedyś. Im więcej rozumiem, tym rzadziej dzielę się tutaj wynikiem. Hormony przestały buzować, a umiejętność tłumienia w sobie wszystkiego rozwinęła się. Szkoda tylko, że nadal zdarza mi się wybuchać. Szkoda, że to mnie jeszcze nie zniszczyło.
Jednak żeby nie było, iż znowu uderzam w pesymistyczny ton, to tak naprawdę nie jest źle, z niczym. Chyba tylko bawię się w demonstrowanie nie-wiadomo-czego. I nadal jestem zaskoczona, że nagle ułożyło się to, na czym mi zależało [a zależało mi na czymś od wielu lat, na czymś co miało związek tylko ze mną, chciałam czegoś dla siebie (jak mogłaś być taką egoistką, Kirke?!)] i chyba nie potrafię odnaleźć się w tej sytuacji, jeszcze. Głupie, prawda? Ale po mnie nie można się spodziewać niczego innego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz