Zamówiona książka doszła w środę, a
zamówiła się dlatego, bo jej dostępność w bibliotece jest rzadka (ciągle
ktoś wypożycza i weź tu traf na chwilę między jednym przejściem a
drugim), a na egzamin należy zapoznać się z treścią. Claude Levi-Strauss
– „Myśl nieoswojona”. Posiadam wydanie z 1969 roku. Stare książki są
piękne, tak jak zapach przeszłości ukryty między ich kartkami.
Zapłaciłam trzydzieści dwa złote (plus koszt przesyłki), a był to
najtańszy egzemplarz spośród oferowanych na allegro. Wykładowca –
ksiądz, jeden z tych, którzy swoją intrygującą dziwnością przyciągają,
wyraził chęć odkupienia, gdyby ktoś zainwestował. Po zdanych (oby!)
egzaminach (u niego będą dwa) oddam książkę w dobre ręce, a myśl, że
zrobię to nie chcąc nic w zamian, daje mi prostą radość. Może to głupie,
ale mam wrażenie, że warto żyć dla tego jednego momentu, w którym będę
miała stuprocentową pewność, że robię coś słusznego i w jakimś sensie
wartościowego, bo posiadam coś, z czego będą mogli korzystać później
inni, gdy tego czegoś się pozbędę z domu. Nawet jeśli to wszystko tylko
wymysł mojej wyobraźni, noszenie w sobie kilkusekundowej sytuacji
wręczenia książki jest, najprościej mówiąc, fajne, choć podobno jak mówi
się, że coś jest fajne, to nic nie znaczy, ale teraz znaczy, bo pozwala
mi zasnąć z miłą i sensowną myślą, niż z powracającą wizją swojej
bezwartościowej i roztrzaskanej egzystencji.
____
Słoneczne dni nadchodzą, a wraz z nimi
ludzie. W autobusie starsze osoby – pan i pani, który akurat siedzieli
obok siebie na tyle busa, a byłam też tam ja – rozmawiali o murzynach,
jakby największym nieszczęściem było posiadanie innego koloru skóry niż
biały; „ale co zrobić, tak już pan Bóg ich stworzył, to nie znaczy, że
są źli, ale za murzyna w życiu bym nie wyszła za mąż”, „i on ożenił się z
murzynką i nie chciało mi się iść na ślub”. Przykre, prawda?
Przed biblioteką zaczepiła mnie pani,
prosząc o pieniądze. Nawet nie zarejestrowałam na co, bo skupiłam się na
wkładaniu wypożyczonych przed chwilą ciężkich książek do torby, a potem
wyjmowaniu portfela. Nie zastanawiałam się, ile było prawdy w
potrzebie, bo zawsze takie sytuacje wybijają mnie z mojego zamkniętego
świata, ale dam każdemu (jeśli mam), kto nie jest jedną z cyganek
stojących codziennie w okolicach dworca PKS, zarabiających na życie
kłamstwem „bo brakuje mi do mleka dla dziecka 20 groszy” (wierzycie?)
lub nic nie wartą wróżbą, gdyż los jest w naszych rękach, a nie na ręce.
Szłam chodnikiem prowadzącym w dół, a
obok znajdował się rząd kamienic, zaś w bramie prowadzącej na podwórko
stał tłum ludzi, a w nim panowie w specjalnych ubraniach z napisem na
plecach „pogotowie kryzysowe”. Przechodząc obok usłyszałam, jak ktoś
rozmawiający przez telefon, powiedział, że jeden z budynków może zwalić
się w każdej chwili. Trochę szkoda by było, gdyby wszystkie kamienice
runęły, zanim znajdę tą, w której zamieszkam, a może minąć kilkadziesiąt
długich lat nim nastanie ten dzień. Nie wiem jak wy, ale pogodziłam się
z myślą, że mogę spędzić całe życie mieszkając w jednym i tym samym
miejscu, czyli tutaj gdzie jestem teraz. Ludzie przecież tak żyli i
żyją, a nie ma w tym nic złego. Bo po co niepotrzebnie szarpać się z
czymś, czego nie da się zmienić i marnować energię na poboczne wątki
egzystencji? Gorzej, jeśli nie zrobi się nic wartościowego (dla innych),
będąc w jednym i tym samym miejscu. Obawiam się tylko tego… Tylko tego,
że mój oddech nic nie znaczy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz