11.04.2013

736. Słoneczne dni nadchodzą, a wraz z nimi ludzie.

Zamówiona książka doszła w środę, a zamówiła się dlatego, bo jej dostępność w bibliotece jest rzadka (ciągle ktoś wypożycza i weź tu traf na chwilę między jednym przejściem a drugim), a na egzamin należy zapoznać się z treścią. Claude Levi-Strauss – „Myśl nieoswojona”. Posiadam wydanie z 1969 roku. Stare książki są piękne, tak jak zapach przeszłości ukryty między ich kartkami. Zapłaciłam trzydzieści dwa złote (plus koszt przesyłki), a był to najtańszy egzemplarz spośród oferowanych na allegro. Wykładowca – ksiądz, jeden z tych, którzy swoją intrygującą dziwnością przyciągają, wyraził chęć odkupienia, gdyby ktoś zainwestował. Po zdanych (oby!) egzaminach (u niego będą dwa) oddam książkę w dobre ręce, a myśl, że zrobię to nie chcąc nic w zamian, daje mi prostą radość. Może to głupie, ale mam wrażenie, że warto żyć dla tego jednego momentu, w którym będę miała stuprocentową pewność, że robię coś słusznego i w jakimś sensie wartościowego, bo posiadam coś, z czego będą mogli korzystać później inni, gdy tego czegoś się pozbędę z domu. Nawet jeśli to wszystko tylko wymysł mojej wyobraźni, noszenie w sobie kilkusekundowej sytuacji wręczenia książki jest, najprościej mówiąc, fajne, choć podobno jak mówi się, że coś jest fajne, to nic nie znaczy, ale teraz znaczy, bo pozwala mi zasnąć z miłą i sensowną myślą, niż z powracającą wizją swojej bezwartościowej i roztrzaskanej egzystencji.
____
Słoneczne dni nadchodzą, a wraz z nimi ludzie. W autobusie starsze osoby – pan i pani, który akurat siedzieli obok siebie na tyle busa, a byłam też tam ja – rozmawiali o murzynach, jakby największym nieszczęściem było posiadanie innego koloru skóry niż biały; „ale co zrobić, tak już pan Bóg ich stworzył, to nie znaczy, że są źli, ale za murzyna w życiu bym nie wyszła za mąż”, „i on ożenił się z murzynką i nie chciało mi się iść na ślub”. Przykre, prawda?

Przed biblioteką zaczepiła mnie pani, prosząc o pieniądze. Nawet nie zarejestrowałam na co, bo skupiłam się na wkładaniu wypożyczonych przed chwilą ciężkich książek do torby, a potem wyjmowaniu portfela. Nie zastanawiałam się, ile było prawdy w potrzebie, bo zawsze takie sytuacje wybijają mnie z mojego zamkniętego świata, ale dam każdemu (jeśli mam), kto nie jest jedną z cyganek stojących codziennie w okolicach dworca PKS, zarabiających na życie kłamstwem „bo brakuje mi do mleka dla dziecka 20 groszy” (wierzycie?) lub nic nie wartą wróżbą, gdyż los jest w naszych rękach, a nie na ręce.

Szłam chodnikiem prowadzącym w dół, a obok znajdował się rząd kamienic, zaś w bramie prowadzącej na podwórko stał tłum ludzi, a w nim panowie w specjalnych ubraniach z napisem na plecach „pogotowie kryzysowe”. Przechodząc obok usłyszałam, jak ktoś rozmawiający przez telefon, powiedział, że jeden z budynków może zwalić się w każdej chwili. Trochę szkoda by było, gdyby wszystkie kamienice runęły, zanim znajdę tą, w której zamieszkam, a może minąć kilkadziesiąt długich lat nim nastanie ten dzień. Nie wiem jak wy, ale pogodziłam się z myślą, że mogę spędzić całe życie mieszkając w jednym i tym samym miejscu, czyli tutaj gdzie jestem teraz. Ludzie przecież tak żyli i żyją, a nie ma w tym nic złego. Bo po co niepotrzebnie szarpać się z czymś, czego nie da się zmienić i marnować energię na poboczne wątki egzystencji? Gorzej, jeśli nie zrobi się nic wartościowego (dla innych), będąc w jednym i tym samym miejscu. Obawiam się tylko tego… Tylko tego, że mój oddech nic nie znaczy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz