30.04.2013

742. I wont't tell one soul.

Pierwsza tegoroczna burza tutaj, nad blokiem została zakończona. Przez ściany pokoju przebija chłód. Sezon grzewczy dobiegł końca. Nawet nie zauważyłam, kiedy kaloryfery stały się chłodne. Wczoraj spałam przy uchylonym lekko oknie; nie pamiętałam, że jest otwarte od kilku dni. Dzisiaj spędziłam cały dzień poza domem, będąc na uczelni, więc nawet przez niewielką szparę wiatr zrobił swoje. Dni znów są chodne. Moje dłonie są niemal lodowate. Och, czy teraz nastał czas notek o pogodzie i stanie otoczenia?
W moim żołądku wylądowały cztery małe proszki na ból brzucha (w ciągu doby). W takich momentach wracam wspomnieniami do czasów, kiedy byłam kobietą dwa razy w roku, bo tak chciałam i tak sobie zrobiłam, ale na pewno nie krzywdę. Miałam wtedy siedemnaście lat. Miałam chaos w głowie. Za to nie bolał mnie brzuch, nie bolało mnie całe ciało. Lecz czym jest jeden dzień w obliczu ciągnących się lat naznaczonych fizycznym bólem? Nie narzekam, przeczekując w milczeniu momenty zakłócające codzienność. Nie jestem przecież chora.
Szczególnie we wtorki nie czuję się wyspana. Walczę z ociężałymi oczami. Walczę z bezsensem pisania tej notki. Jestem senna, a jednak nie chcę kończy jeszcze wtorku. Może napiszę o tym, co robiłam ostatnio na „zakazanym” forum? Chyba chciałabym tym zaznaczyć jeden z tych dni, gdy świeża fala wspomnień powraca, choć wydaje mi się, że przy obecnym spokoju i odrobinie sennego nastroju, mogę nie oddać tego, co mój umysł przesadnie maluje jak emocjonującą scenę z filmu. Dla odbiorcy może być mdłe i bez wyrazu.
Forum odwiedziłam w celu usunięcia pozostałych opowiadań, bo nie pozostało we mnie ani odrobiny entuzjazmu do swojej dawnej działalności. Najprościej było wejść we wszystkie tematy, które założyłam, co też uczyniłam, nie chcąc błądzić po działach. Przed oczami migały mi również komentarze, moje i innych. Słowa, wszędzie słowa. Gdyby można było wziąć nóż i porozcinać te zapisane „kartki”. Taki niewinny wymysł wyobraźni, bo wbijanie ostrych narzędzi w ekran komputera nie wchodziło w grę. Jeden wieczór z falą słodko-gorzkich wspomnień, na który mogłam sobie pozwolić bez skutków ubocznych. Byłam realnie niezadowolona, byłam na siebie zła. Znajdowałam się w magazynie z książkami poukładanymi jak wieże. Wszystkie były moim dziełem; na kartkach tysiąc bzdur; fikcja łączącą się z litanią próśb i mnóstwem nadziei. Jedna strzała szczęścia, a potem trucizna rozlewająca się po ciele. Wszystko było wymysłem rozgorączkowanej wyobraźni. Nożyczki w ręce i złość w duszy. Szłabym na oślep, celując w każdą z wieżyczek. Darłabym lub cięła kartki, zadawałabym ciosy ostrym narzędziem. Na końcu padłabym na kolana, płacząc nad każdą krzywdą wyrządzoną sobie, a przede wszystkim innym.
Musicie przyznać, że głupia ta filmowa wizja, pewnie mało oryginalna, co nie byłoby minusem, jednak rola nie do odegrania przeze mnie. Nie potrafię być nieustannie zła. Nie umiem rozpamiętywać. Mogę tylko wspominać z niechęcią, mówiąc: tak właśnie było; nie ma się czym chwalić. I jeśli w najbliższych dniach nadejdzie ten jeden (choć nadal planuję się wymigać), gdzie jak na dywaniku u dyrektora będę zachęcana do spowiedzi, to muszę o tym pamiętać, że nie ma się czym chwalić, a tym bardziej wspominać, bo naprawdę skończę na kolanach i we łzach.
Żartuję z tym ostatnim. Mimo to nadal nie chce mi się o tym gadać. Popisać sobie mogę, w ramach rozrywki i ku pamięci. Reszta jest milczeniem. Za czasów szkolnych nie byłam u dyrektora na dywaniku, to za czasów życia też nie zamierzam być.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz