17.04.2013

737. Spotkajmy się kiedyś w moim raju.

Liczba chcących mnie spotkać, przekroczyła liczbę osób, z którymi chciałabym się spotkać. Cuda i dziwy. Można powiedzieć, że całe życie gdzieś wewnątrz czekałam, aby ktoś realnie i świadomie chciał mnie przy sobie mieć na kilka chwil (jest coś potwornie żenującego w pisaniu o tym, więc starym zwyczajem przez noc wyprę te słowa z pamięci, a przynajmniej moje bpd się aktywuje i zrobi to za mnie), choć nigdy nie mogłam pojąć, dlaczego właściwie nadawałabym się do bycia i jakie byłby powody chęci innych. Wystarczy na mnie spojrzeć. No tak, tylko akurat wy – czytający, i ci jeszcze nie spotkani, nie bardzo mogą zobaczyć, zwłaszcza prawdę objawiającą się w moim zewnętrznym istnieniu. Ostatnio trochę się zmieniła, bo choć nadal funkcjonuję w sprzecznościach wyznaczanych dniami miesiąca, przez ostatni czas nauczyłam się porządkować wszystko w głowie bez wprowadzania zbędnego niepokoju. Nadal jest we mnie coś dziwnego, ale przyjemnego, jakby przekraczając wtedy (a poza mną nikt nie wie kiedy) swój próg bólu, odzyskałam ciszę, której nie miałam do dziesięciu(!) lat.
Odbiegłam jednak zbyt daleko od głównego tematu, czyli spotkań. I jak to bywa ze spotykaniem innych, ostateczna decyzja należy do mojego życia (ale nie zawsze zależącego ode mnie), które szczerze informuje: nie masz szans, kochanie, i tak będziesz siedzieć przez całe lato w domu; dobrze wiesz jaka jest sytuacja. Tak, wiem. I tym razem moje życie się nie myli. Znam wszystkie przeciw, które przekreślają każde najmniejsze za. Powtarzając latami ten sam scenariusz, nic nie jest już w stanie mnie ani zaboleć, ani poruszyć w jakiś inny, nieprzyjemny sposób. Nawet nie wiecie, ile szarpałam się ze sobą, by teraz ze stoickim spokojem przyjmować takie wiadomości od życia. W jeden wieczór nie wypracujemy w sobie wytrzymałości na bodźce.
Może dostając pocztówkę z Pragi, zrobi mi się po ludzku przykro, że mnie tam nie ma i nie mogę wysłać takiej samej kartki innym, ale nie za wiele czasu zajmie ta chwila, bo bezsensem byłoby zatapianie się w przykrości wynikające z przeciwności losu. Wystarczy mi radosna myśl, że P. naprawdę zależało, abym pojechała, choć osiemnastolatka obiecująca roztoczenie opieki nad dwudziestotrzyletnią dziewczyną, to dosyć zabawna sytuacja. Nie pytajcie. Też nie pojmuję moich internetowych znajomości, choć osoby poznane i znane w ten sposób znaczą dla mnie nie mniej niż znajomi istniejący w tej samej rzeczywistości.
Tymczasem przed snem piszę w myślach długie listy (zwłaszcza do tej, z którą naprawdę je wymieniałam), których nigdy nie przeleję na papier. Bo nagle okazało się, że pisać jest trudniej niż mówić, gdy pewnego dnia słowa pisane obróciły się przeciwko mnie. Więc snuję listy, licząc po cichu, że ich treść przekażę wam kiedyś w cztery oczy. A jeśli nie zdążę, jeśli nam się nie uda, to… to wybaczcie mi wszystko, czego nie potrafiłam zrobić i o czym mówić wprost, bo nie każdą walkę zdążyłam jeszcze wygrać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz