4.04.2013

732. Pan G. powiedział: „Będziesz moja” i wybrał muzykę klasyczną.

Melodia, której nie da się wymazać z pamięci. Aż żal ogarnia duszę, że nigdy nie miało się styczności z pianinem czy fortepianem. Blade place delikatnie sunące po czarno-białych klawiszach. Dźwięk na żywo. Poczuć i płakać do końca dni.
Alessandro Marcello – Concerto D in Minor BWV 974, II Adagio (wykonanie Glenn Gould).
Ktoś mówi, że transkrypcja należy do Bacha, ale to nie czas, by przeszukiwać poza-internetowe źródła. Brak możliwości również. Zostaje Alessandro i utwór, który zakończył film Je Te Mangerais. Wtedy po raz pierwszy słono smakowały łzy. Potem było lato, tamto wyjątkowe, i 23 sierpnia, gdy pisałam:
Znowu włączyłam „You’ll be mine”. Dzisiejszy dzień był tym filmem. Nie mogłam powstrzymać się od przewijania i ponownego odtwarzania niektórych scen, przede wszystkim ze względu na nastrój i emocje zbudowane za pomocą muzyki. Nawet teraz słucham utworu z ostatniej sceny. Jest wykonany na wiolonczeli. (Oryginał grany na fortepianie). Znowu płaczę. Nie kontroluję tego. Jeden dźwięk porusza wrażliwą strunę w moim ciele. To pierwszy utwór, który działa w ten sposób. Czuję przebiegające pod skórą dreszcze. Płaczę, jakby moje życie właśnie rozpadało się na tysiąc kawałków bez możliwości ponownego sklejenia. Melodia mnie kruszy. W tym momencie myślę, że nie mam już nic poza bezkresnym smutkiem.
Hymn mojego życia. Włosie smyczka dociskane do strun; pewne pociągnięcia, wbijające się w skórę. Boli, tak bardzo boli, gdy mury pękają, otwierając wnętrze. Wracasz, by sprawdzić, czy nadal działa. Odtwarzasz zapis na youtube z uspokajającym widokiem morza w tle. Ilość komentarzy od ostatniej wizyty wzrosła, więc czytasz i aż kuje cię coś w środku, gdy widzisz, że większość zjawiła się tutaj po przeczytaniu książki „Pięćdziesiąt twarzy Greya”. Popularna pozycja, której okładkę łatwo można rozpoznać. Też ją znam. Pamiętam, że po informacji na temat treści i kilku recenzjach, wiedziałam, że nigdy (chyba, że w ramach analizy) nie sięgnę do czegoś wyidealizowanego, fikcyjnego, przekazującego fałszywe wyobrażenia świata i człowieka, który jest istotą kierującą się popędami. (Bo chyba jednak nie jesteśmy zwierzętami, a ludźmi, prawda, już nie mówiąc, że stworzonymi na obraz i podobieństwo Boga, ale och, przecież Boga nie ma, tak jak godności, więc jesteśmy przedmiotami do zabawy, nawet w książkach). Do czegoś słabego pod względem literackim, w dodatku napisanego przez autorkę inspirującą się Zmierzchem, którego swoją drogą nie czytałam, ani nie oglądałam. Przepraszam wszystkich fanów, ale to nie moja bajka, zmysły, fascynacje, emocje. Moje dwadzieścia dwa lata z całym, być może dla niektórych zbyt marnym, bagażem doświadczeń potrzebują historii niosących prawdę, ujętą w gustowne słowa. Pięćdziesiąt twarzy Greya to podobno wciągająca i szokująca książka. Gdy o tym słyszę, w mojej głowie kołaczą słowa z wykładu z filozofii sztuki: wolność i kreatywność to hasła głoszone w dzisiejszej sztuce. Ważne, żeby szokować. Czy ktoś jeszcze myśli o prawdzie i pięknie?
Tak, robię to, udzielam sobie prawa do krytyki czegoś, co znam powierzchownie. Proszę, oburzcie się, ale tak jak wy subiektywnie odbieracie książkę, tak ja muzykę. Adagio jest pięknym utworem, który związałam ze swoją duszę, więc jak mogę pozwolić na plugawe słowa w oprawie genialnej melodii? Nie wiem, czemu pan Grey grał ten utwór i nie zabraniam mu lubić muzyki klasycznej, ale niech mi nikt nie mówi, że wiąże się to z jego wrażliwością wspaniałego kochanka, który przedmiotowo traktuje kobiety. To dla mnie profanacja. To jak próba uwiedzenia cukierkami młodego chłopca przez dorosłego mężczyznę, wmawiając mu, że to, co nastąpi potem, będzie tak samo słodkie jak smak czekolady, który czuje w ustach. Jestem tak bardzo na nie, że chyba mi trochę przykro, bo ludzie to robią – mieszają piękno z syfem, udając, że wszystko jest w porządku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz