25.04.2013

740. I'm not yoour hero.

Pozwalam całkowicie wykruszyć się temu, co zostało. Ciągle widzę, jak bardzo byłam zagubiona i jak ciężko, ale zarazem zbawiennie, jest mi przyjmować prawdę.
Przykro słyszeć, nie bezpośrednio, ale w „rozmowach na temat” jak się śmieją. Gdyby wiedzieli, jak wiele odniesień jest w słowach, bezsensownych ich zdaniem, do mojego życia osobistego, równie dobrze uznaliby mnie za bezsens. Osoby z podobnymi doświadczeniami także. Nie wymagam, by wszyscy przyjęli coś za słuszne. Wymagam tylko szacunku. Bo jeśli się różnimy, to nie powód do drwin. Nie jestem zasmucona ani nastawiona złośliwie. Jest mi przykro, bo w takiej sytuacji pozostaje obrona, a mnie stać tylko na jedną – zamknięcie się przed nimi w sobie. Może to niedojrzałe, ale nigdy nie byłam skłonna do dyskusji z osobami, które nie są w stanie zrozumieć, że ktoś może w coś wierzyć i daleko mu do śmiechu, gdy poważne rozmowy dotykają jego życia.
Teraz siedzę i zastanawiam się, ile nieświadomych słów chlapnęłam, niechcący drapiąc czyjąś duszę. Próbuję też wyłapać, ile niepotrzebnych słów dałam innym, działając pod wpływem uczuć. Ale moje uczucia od początku były złe. Dowiedziałam się o tym dużo później; nawet kilka lat po.


Widząc błędy, etapami rezygnowałam z czegoś, co pokochałam, choć teraz wiem, że taki czasownik jak „kochać”, w ogóle nigdy nie pasował do tej całej sytuacji. I choć działanie samo w sobie nie miało być czymś złym, bo intencje były dobre, ostatecznie doprowadziło do upadku. Teraz, pozbywając się oślepiającego umysł światła-pragnień, odpycha mnie od tego, co „kochałam”. Do tego, obserwując jak coś złego jest przedstawiane w sposób piękny, tak, aby podobać się i przyciągać, martwi mnie, bo wiem, że od wewnątrz zatruwa i niszczy. Odczułam to na własnej skórze. Ale jeszcze bardziej przeraża, że zaciera się prawidłowa reakcja na pewne rzeczy i wszystko przewraca się do góry nogi. Będziemy gloryfikować zło, tępiąc dobro. Nie jestem jedyną, która widzi, jak świat zmierza do upadku, a krew jest na naszych rękach. Byłam nastolatką, gówniarą i czułam jak porządek ustalony przez wieki rozsypuje się. Jestem po dwudziestce i już wiem, że nie były to obawy dorastającego dziecka. Widziałam jak upadamy, widzę jak chcemy upadać. Też chciałam i miałam, co chciałam. I już NIE chcę.
Jak mam wytłumaczyć innym, że po dziesięciu latach staję się wreszcie innym człowiekiem? Jak pojęłam, że walka z samą sobą nigdy nie była bezsensowna, bo chroniła mnie przed oddaniem się we władanie temu, co złe? Jak mam mówić ludziom, że chciałam…
Możecie się śmiać i uważać, że oszalałam, ale nigdy nie pasowałam do tego świata; nie do tych kłamstw, którymi karmią nas co dnia.
Może to wygląda tak, jakbym siedziała pełna emocji, ale gdybyście mieli okazję prześwietlić moją duszę, zobaczylibyście, że nie kłamię, twierdząc, iż jestem oazą spokoju. Moje ciało współgra z duszą. Tak jak pierwszy raz w życiu traciłam kilogramy, nie będąc na diecie, bo chorowało moje wnętrze (sześć kilogramów w dziewięć miesięcy od bycia w chaosie; nie powiem, że się nie cieszę z tego skutku ubocznego), tak teraz moje powolne ruchy mówią, że odpoczywam po walce. I nawet, jeśli kiedyś przyjdzie mi znów to robić – walczyć, mam nadzieję, że zareaguję szybciej.

Z poważniejszych rzeczy, mogę dodać, że jeśli pani-kierowca busa rozmawia ze mną na temat paznokci u rąk, to boję się pomyśleć, kto następny mnie zaczepi, a przede wszystkim, jakie słowa skieruje w moją stronę.
Najważniejsze. Napisałam list

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz