Wstajesz z zamiarem wyjścia z domu i nawet udaje ci się dostosować strój
odpowiednio do pogody, ale autobus nie zabiera cię w podróż, bo jest
pełny. Nawet nie przyszło ci do głowy, żeby uwzględnić zakończenie roku
klas maturalnych. Stoisz nadal na przystanku, odliczając upływające
minuty i zastanawiasz się, czy dojedziesz na czas, jeśli minie jeszcze
pięć.
Niespodziewanie podjeżdża jakiś chłopak; wygląda na ponad dwadzieścia pięć, mówi „cześć”, a tobie jest dziwnie, bo ostatnio od nieznajomych słyszysz „dzień dobry”, a potem zwrot grzecznościowy „pani”. Okazuje się, szuka firmy samochodowej, wyraz „auto” w nazwie ci to uświadamia, ale nie masz zielonego pojęcia, że w twojej miejscowości coś o takiej nazwie jest, a tym bardziej w okolicy twojego miejsca zamieszkania. Głupio, bo zawsze gdy pytają, nie znasz odpowiedzi; nazw ulic, nazw miejsce – gdy jesteś w obcym mieście, a wychodzi na to, że u siebie także nie. Miga ci jednak przed oczami numer domu przy nazwie ulicy i jest jeszcze dziwniej, bo przecież to tylko dwa oczka wyżej niż numer twojego bloku. Zerkasz jeszcze raz na kartkę i widząc nazwisko, chce ci się śmiać, bo okazuje się, że poszukiwany jest sąsiad, nie byle jaki, bo brat twoich przyjaciółek-bliźniaczek. Wskazujesz więc na czerwony dach budynku, który widniej za blokiem, a gdy pan znika w swoim w busie i odjeżdża, uświadamiasz sobie, jak mało wiesz, o tym, co dzieje się w najbliższym otoczeniu. Pewnie nawet nie znasz nazwisk sąsiadów, których przybywa wraz z domami w okolicy. Jeszcze dziwniej ci z faktem, że od pięciu miesięcy między tobą a przyjaciółkami nie istniała żadna poważna rozmowa. (Choć akurat o działalności brata wiedziałeś, ale ci umknęło.) Zostałeś zastraszony przez samego siebie, więc jak mogłeś mówić przez ściśniętego gardło? Niesamowite, ile przemilczeń się uzbierało. Jednak to nie trapi cię tak bardzo, bo uśmiechasz się na myśl, że jeszcze kilkanaście godzin wcześniej wywołałeś wilka z lasu. Zastanawiałeś się, nawet pisząc o tym we wcześniejszej notce, kto tym razem cię zaczepi i o co spyta. Proszę, już przed dziewiątą rano przyszła odpowiedź.
Podjeżdża w końcu drugi autobus. Masz półgodzinne opóźnienie, ale to nie dyskwalifikuje cię w dotarciu na zajęcia. Wszystko idzie sprawnie, nawet brak korka przy budowie autostrady jest miłym zaskoczeniem. Nie skupiając się na wierze, pogodzie i wszystkim innym, docierasz na miejsce. Opóźnienie wynosi dziesięć lub dwadzieścia minut, w zależności od tego, o której tym razem rozpoczął się wykład. Na korytarzu jest pusto i cicho. Pierwsze drzwi są zamknięte, choć wydawało ci się, że wybierasz prawidłowe. Potem podchodzisz do drugich, gdzie na białej kartce różowym markerem ktoś napisał: „inscenizacja teatralna”. Wstrzymujesz oddech i starasz się rozpoznać, czy tutaj trwa wykład, na który przybyłeś. Głos wykładowcy brzmi znajomo, a jednak sala, do której prowadzą aż trzy drzwi, odpycha cię od siebie i głupiejesz, bo nie pamiętasz, które są tymi prawidłowymi. Mogłoby się wydawać, że przecież każde, ale tylko jedne są otwierane. Głupio ciągnąć za każdą z klamek. Minuty uciekają i nie potrafisz wejść. Nie wiesz jak. Nie lubisz się spóźniać. Nie lubisz zwracać na siebie uwagi. Nie lubisz w tym momencie nic, nawet siebie. Bo chcesz wejść, a coś cię blokuje. Ostatecznie zostajesz na korytarzu. Powstrzymujesz falę smutku pomieszanego ze złością, która w ciebie uderza. Może kiedyś w tej sytuacji zacząłbyś płakać, ale teraz przyjmujesz swoją przegraną ze spuszczoną głową. Zawsze przegrywasz w tak śmieszny i głupi sposób. Wiesz, że jesteś najsłabszy w prostych momentach, które wymajają tylko odrobiny woli. Wystarczy nie myśleć, a działać. Tego jednak nie umiesz.
To głupie, że takie przedpołudniowe wydarzenie potrafi rozbić resztę dnia. Nie potrafisz zrobić nic pożytecznego, tylko pozwalasz kończyć się dniowi, poddając się jego rytmowi. Nie zajmujesz jednak myśli nieudanym wyjściem z domu, straconymi pieniędzmi na przejazd, wyczekiwaniem w ciepłym słońcu na przystanku, ani nawet bólem zatok, który pojawił się przez ten uparcie wiejący, silny wiatr. Za to udało ci się wrzucić list do skrzynki. Niestety, podejrzewasz, że adresat najprawdopodobniej otrzyma go po długim, majowym weekendzie. Trochę szkoda, ale co zrobić. Za to wypadałoby coś zrobić z częstym pisaniem długich notek nie wartych uwagi. Jesteś w nich niemal mistrzem, wiesz o tym, Kirke?
Niespodziewanie podjeżdża jakiś chłopak; wygląda na ponad dwadzieścia pięć, mówi „cześć”, a tobie jest dziwnie, bo ostatnio od nieznajomych słyszysz „dzień dobry”, a potem zwrot grzecznościowy „pani”. Okazuje się, szuka firmy samochodowej, wyraz „auto” w nazwie ci to uświadamia, ale nie masz zielonego pojęcia, że w twojej miejscowości coś o takiej nazwie jest, a tym bardziej w okolicy twojego miejsca zamieszkania. Głupio, bo zawsze gdy pytają, nie znasz odpowiedzi; nazw ulic, nazw miejsce – gdy jesteś w obcym mieście, a wychodzi na to, że u siebie także nie. Miga ci jednak przed oczami numer domu przy nazwie ulicy i jest jeszcze dziwniej, bo przecież to tylko dwa oczka wyżej niż numer twojego bloku. Zerkasz jeszcze raz na kartkę i widząc nazwisko, chce ci się śmiać, bo okazuje się, że poszukiwany jest sąsiad, nie byle jaki, bo brat twoich przyjaciółek-bliźniaczek. Wskazujesz więc na czerwony dach budynku, który widniej za blokiem, a gdy pan znika w swoim w busie i odjeżdża, uświadamiasz sobie, jak mało wiesz, o tym, co dzieje się w najbliższym otoczeniu. Pewnie nawet nie znasz nazwisk sąsiadów, których przybywa wraz z domami w okolicy. Jeszcze dziwniej ci z faktem, że od pięciu miesięcy między tobą a przyjaciółkami nie istniała żadna poważna rozmowa. (Choć akurat o działalności brata wiedziałeś, ale ci umknęło.) Zostałeś zastraszony przez samego siebie, więc jak mogłeś mówić przez ściśniętego gardło? Niesamowite, ile przemilczeń się uzbierało. Jednak to nie trapi cię tak bardzo, bo uśmiechasz się na myśl, że jeszcze kilkanaście godzin wcześniej wywołałeś wilka z lasu. Zastanawiałeś się, nawet pisząc o tym we wcześniejszej notce, kto tym razem cię zaczepi i o co spyta. Proszę, już przed dziewiątą rano przyszła odpowiedź.
Podjeżdża w końcu drugi autobus. Masz półgodzinne opóźnienie, ale to nie dyskwalifikuje cię w dotarciu na zajęcia. Wszystko idzie sprawnie, nawet brak korka przy budowie autostrady jest miłym zaskoczeniem. Nie skupiając się na wierze, pogodzie i wszystkim innym, docierasz na miejsce. Opóźnienie wynosi dziesięć lub dwadzieścia minut, w zależności od tego, o której tym razem rozpoczął się wykład. Na korytarzu jest pusto i cicho. Pierwsze drzwi są zamknięte, choć wydawało ci się, że wybierasz prawidłowe. Potem podchodzisz do drugich, gdzie na białej kartce różowym markerem ktoś napisał: „inscenizacja teatralna”. Wstrzymujesz oddech i starasz się rozpoznać, czy tutaj trwa wykład, na który przybyłeś. Głos wykładowcy brzmi znajomo, a jednak sala, do której prowadzą aż trzy drzwi, odpycha cię od siebie i głupiejesz, bo nie pamiętasz, które są tymi prawidłowymi. Mogłoby się wydawać, że przecież każde, ale tylko jedne są otwierane. Głupio ciągnąć za każdą z klamek. Minuty uciekają i nie potrafisz wejść. Nie wiesz jak. Nie lubisz się spóźniać. Nie lubisz zwracać na siebie uwagi. Nie lubisz w tym momencie nic, nawet siebie. Bo chcesz wejść, a coś cię blokuje. Ostatecznie zostajesz na korytarzu. Powstrzymujesz falę smutku pomieszanego ze złością, która w ciebie uderza. Może kiedyś w tej sytuacji zacząłbyś płakać, ale teraz przyjmujesz swoją przegraną ze spuszczoną głową. Zawsze przegrywasz w tak śmieszny i głupi sposób. Wiesz, że jesteś najsłabszy w prostych momentach, które wymajają tylko odrobiny woli. Wystarczy nie myśleć, a działać. Tego jednak nie umiesz.
To głupie, że takie przedpołudniowe wydarzenie potrafi rozbić resztę dnia. Nie potrafisz zrobić nic pożytecznego, tylko pozwalasz kończyć się dniowi, poddając się jego rytmowi. Nie zajmujesz jednak myśli nieudanym wyjściem z domu, straconymi pieniędzmi na przejazd, wyczekiwaniem w ciepłym słońcu na przystanku, ani nawet bólem zatok, który pojawił się przez ten uparcie wiejący, silny wiatr. Za to udało ci się wrzucić list do skrzynki. Niestety, podejrzewasz, że adresat najprawdopodobniej otrzyma go po długim, majowym weekendzie. Trochę szkoda, ale co zrobić. Za to wypadałoby coś zrobić z częstym pisaniem długich notek nie wartych uwagi. Jesteś w nich niemal mistrzem, wiesz o tym, Kirke?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz