Jeszcze dwa dni temu na facebook-owym profilu Nie_Wierzę_w_Życie_PozaFilmowe mignął mi tytuł „Płynące wieżowce„(Floating
Skyscrapers) – czy tylko ja mam wrażenie, że jest on nietrafiony? – a
dzisiaj, po wygranej na jednym z festiwali – nie wiem na jakim, ani w
jakiej kategorii; wróciłam do domu po osiemnastej, wiadomość przekazał
mi najmłodszy brat po obejrzeniu Teleexpresu (swoją drogą, wie czym się
ze mną dzielić), a szukać mi się nie chce – nastało na forach
poruszenie. Oto mamy w Polsce film LGBT; pierwszy podejmujący temat
homoseksualizmu i to w poważnym wydaniu. Ktoś napisał: porusza temat, który przełamuje tabu i budzi kontrowersje, a ja zastanawiam się, jak daleko jestem do przodu i stwierdzam, że bardzo. Jednak polskie społeczeństwo może być zaszokowane.
Wracając, żebym uznała film z kategorii LGBT za wartościowy, musi przedstawiać coś więcej niż kolejną próbę otworzenia świata na mniejszości seksualne. Nie popieram kina jako pola do walki o cokolwiek, prawa społeczne też. Po przeczytaniu wywiadu z reżyserem, Tomaszem Wasilewskim, odetchnęłam z ulgą, gdy powiedział, że nie chce o nic walczyć.
- Nie robiłem go po to, żeby walczył o czyjeś prawa albo żeby cokolwiek zmieniał. Filmy, które robię, robię dlatego, że chcę opowiadać historie o ludziach na tyle prawdziwie, na ile to możliwe.
- Robię filmy, żeby opowiadać historie o ludziach, które mnie poruszają, a to, jak film będzie odbierany i co spowoduje, to zupełnie inna historia.
- Rozmawiając o postaciach chcieliśmy je pokazać jako prawdziwych ludzi, a nie hasła. Każdy z tych bohaterów ma swoją historię, swoje uczucia i swoje racje, wady i swoje zalety.
Cóż, pan Wasilewski jest tym, który jako pierwszy wprowadził na polski ekran głównych bohaterów homoseksualistów i zostanie nim na wieki wieków, niezależnie od tego, jaki film jest. Mi „Płynące wieżowce” trudno ocenić, bo po prostu nie widziałam produkcji. W końcu film jest świeży i miał dopiero premierę światową (kwiecień 2013); nawet nielegalnie nie można go jeszcze zdobyć (możliwe, że nie umiem szukać).
Mnie intryguje przede wszystkim fascynacja, z którą trudno sobie poradzić. Wewnętrzna walka między tak, a nie jest zawsze czymś zastanawiającym, a śledzenie szeregu ruchów prowadzących do różnych zdarzeń wciąga. Ciekawe, czy tak to będzie wyglądać. Zwłaszcza, że mamy Kubę żyjącego pod jednym dachem z matką i swoją dziewczyną, trenującego pływanie i wiodącego pozornie poukładane życie, który nagle poznaje Michała. I tu zaczynają się schody. Uwielbiam dramaty, destrukcyjne uczucia i męczarnie bohaterów. Ciekawe, czy „Płynące wieżowce” wejdą do polskich kin. Na seans mogłabym pójść tylko z jedną osobą, jeśli internet nie udostępni mi wcześniej pliku do ściągnięcia.
Wracając, żebym uznała film z kategorii LGBT za wartościowy, musi przedstawiać coś więcej niż kolejną próbę otworzenia świata na mniejszości seksualne. Nie popieram kina jako pola do walki o cokolwiek, prawa społeczne też. Po przeczytaniu wywiadu z reżyserem, Tomaszem Wasilewskim, odetchnęłam z ulgą, gdy powiedział, że nie chce o nic walczyć.
- Nie robiłem go po to, żeby walczył o czyjeś prawa albo żeby cokolwiek zmieniał. Filmy, które robię, robię dlatego, że chcę opowiadać historie o ludziach na tyle prawdziwie, na ile to możliwe.
- Robię filmy, żeby opowiadać historie o ludziach, które mnie poruszają, a to, jak film będzie odbierany i co spowoduje, to zupełnie inna historia.
- Rozmawiając o postaciach chcieliśmy je pokazać jako prawdziwych ludzi, a nie hasła. Każdy z tych bohaterów ma swoją historię, swoje uczucia i swoje racje, wady i swoje zalety.
Cóż, pan Wasilewski jest tym, który jako pierwszy wprowadził na polski ekran głównych bohaterów homoseksualistów i zostanie nim na wieki wieków, niezależnie od tego, jaki film jest. Mi „Płynące wieżowce” trudno ocenić, bo po prostu nie widziałam produkcji. W końcu film jest świeży i miał dopiero premierę światową (kwiecień 2013); nawet nielegalnie nie można go jeszcze zdobyć (możliwe, że nie umiem szukać).
Mnie intryguje przede wszystkim fascynacja, z którą trudno sobie poradzić. Wewnętrzna walka między tak, a nie jest zawsze czymś zastanawiającym, a śledzenie szeregu ruchów prowadzących do różnych zdarzeń wciąga. Ciekawe, czy tak to będzie wyglądać. Zwłaszcza, że mamy Kubę żyjącego pod jednym dachem z matką i swoją dziewczyną, trenującego pływanie i wiodącego pozornie poukładane życie, który nagle poznaje Michała. I tu zaczynają się schody. Uwielbiam dramaty, destrukcyjne uczucia i męczarnie bohaterów. Ciekawe, czy „Płynące wieżowce” wejdą do polskich kin. Na seans mogłabym pójść tylko z jedną osobą, jeśli internet nie udostępni mi wcześniej pliku do ściągnięcia.
Tymczasem mam za sobą pierwszy wakacyjny
seans. Nareszcie udało mi się zebrać i wykorzystać konkretniej wolny
czas. W piątek obejrzałam „My brother the Devil„(2012). Jeden z głównych bohaterów, James Floyd, przygotowywał się porządnie do pracy; jak podają źródła: podobno przez 5 miesięcy kręcił się po szemranych dzielnicach Londynu przez 10 godzin dziennie.
Reżyserka wykorzystała wątki biograficzne, poświeciła kilka lat na
przygotowania. Przyznaję, wypadło naprawdę prawdziwie. Po nocnej scenie
walki dwóch gangów zostałam kupiona. Wróg zabił ci przyjaciela psa, w
odwecie zabij mu przyjaciela człowieka. Od tego momentu zostałam
wciągnięta w film na dobre. Fabuła nieprzewidywalna, interesująca.
Bywało, że momentami wstrzymywałam oddech czekając w napięciu na kolejny
ruch bohaterów. Strona techniczna zaskakująco dobra; nie spodziewałam
się tego. Kawał porządnej roboty. Tylko szkoda, że nie mogę znaleźć
piosenki umieszczonej przy napisach końcowych, tak jak nie znalazłam
napisów do filmu, więc obejrzałam po angielsku. Dało się.
p.s. Poszukałam. „Płynące wieżowce” Tomasza Wasilewskiego to najlepszy film sekcji East of the West MFF w Karlowych Warach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz