11.07.2013

760. Wyjechałaś w dniu moich urodzin…

Wyjechałaś w dniu moich urodzin, wszystko działo się tak szybko. Byłam w trakcie sesji, na jej marnym początku. Zadzwoniłaś, a potem przyszłaś, żegnając się ze mną dzień wcześniej. Wpadłaś na kilka minut, obie już nie miałyśmy czasu. Ciebie następnego dnia czekał wyjazd o świcie, a mnie egzamin. Nie rozmawiałyśmy długo. Przez kilka miesięcy nie rozmawiałyśmy prawie wcale. Błądziłam w swoich komarach.
Zabawne, ale pamiętam momenty, w których wszystko zaczęło się zmieniać. Potrafię podać dokładne daty, a może nawet konkretne godziny, a do nich dopasować osoby i sytuacje. My rozminęłyśmy się ostatniego dnia listopada. Mam nawet w archiwum naszą rozmową na gadu-gadu. Przeczuwałam, że nie wyjdzie nic dobrego z tych odwiedzin, bo nie byłam w dobrym stanie. Z perspektywy czasu widzę, że zachowywałam się okropnie, choć tamtego wieczoru nie zrobiłam nic złego poza paroma ostrymi słowami skierowanymi do ludzi pod wpływem alkoholu. Ale nie zrobiłam też nic dobrego.
Nocą rozsypałyśmy się obie, choć każda miała swój prywatny, odmienny powód. Ciebie bolała miłość, mnie w jakiś sposób też, ale jednak to nie miało nic wspólnego z uczuciem o podobnym znaczeniu. Myślę, że nikt do tej pory nie wie, czemu wtedy płakałam. Głupio, że przebywałyśmy na klatce schodowej w jakimś obcym bloku. Schowałyśmy się przed zimnem, gdy wyszłyśmy z twojej stancji. To cud, że nikt nas nie przegonił. Widocznie nie rozmawiałyśmy zbyt głośno. Wszystkim wydawało się, że współczuję twojej koleżance, która siedziała niżej na schodach i płakała rozliczając się ze swoim życiem. Chyba każda z nas trzech była żałosna na swój sposób tej nocy. Jesteśmy silnymi kobietami. Tamtej nocy granice wytrzymałości zostały przekroczone. Jakby po tej nocy już nigdy nie miał nadejść dzień. Ku nieszczęściu nadszedł i było jeszcze gorzej. Pierwszego grudnia zaczął padać śnieg, a nasze serca zaczął pokrywać lód. Moje na pewno.
Teraz (owszem, piszę notki robiąc przy tym tysiąc innych rzeczy), szukając płyty ze zdjęciami z Wrocławia, natrafiłam na inną – podpisaną Zdjęcia dla K. Nawet nie wiedziałam, że mam nagrane zdjęcia z nocy 2010 roku. Właśnie naniosłam na opakowanie żartobliwy podtytuł: palaczki i alkoholiczki – deprawacja część pierwsza i ostatnia. Pocieszające jest to, że żadna z naszej czwórki nie miała siana w głowie; do tej pory trzymamy się dzielnie, choć niektórzy znajomi dawno rozpieprzyli sobie życie, a łatwo składać nie jest. Jednak jak patrzę na niektóre zdjęcia, odechciewa mi się żyć – tak koszmarnie wyglądam. Może już wtedy było coś na rzeczy? Nie między nami, ale między mną, a moim podejściem do pewnych spraw. Dziwnie mieć myśl, że to mogło trwać trzy lata, a ostatni rok był tylko kulminacją. Wolę jednak nie sklejać do siebie dni, które niekoniecznie pasują. Z perspektywy czasu wszystko jest dziwaczne.
Przez długie miesiące nie potrafiłam mówić. Było ciężko, jeszcze ciężej. Wraca do mnie uczucie zawodu. Bywa, że nadal mi głupio. Czasem nawiedza mnie myśl, że bezpodstawnie ucierpiałaś za coś, czego nie byłaś przyczyną. Jednak naprawdę wiem, że wyglądało to lepiej. W końcu huragan był we mnie, przyjacielu, więc uciekałam, by wyrządzić jak najmniej krzywd innym. Bo były one nieuniknione, tylko do końca nie wiem, komu jeszcze nie zadośćuczyniłam, bo nikt mi wprost nie wypomniał win. A chciałabym, chciałabym. Może tak byłoby łatwiej? My byłyśmy (i jesteśmy) przyjaciółkami, choć wtedy coraz trudniej wychodziło mi bycie na przyzwoitym poziomie. Odeszłam tak daleko, że wtedy zawrócić mnie z nad przepaści mógł tylko Bóg.
Teraz, gdy jesteś w Anglii i wymieniamy ze sobą pisemne wiadomości, jest we mnie nadzieja, że gdy wrócisz za siedem tygodni moja niezręczność minie i będzie trochę lepiej, nawet jeśli już nie tak jak dawniej. Znów jesteśmy starsze o kolejny rok doświadczeń.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz