24.07.2013

764.

Minęło trochę czasu, zanim się zebrałam, a potem minęło jeszcze więcej, zanim przeczytałam książkę, którą dostałam na urodziny. Nie dlatego, że była nudna, wręcz przeciwnie, miło ubogaciła mój czas, który w większości przepływał (i przepływa) mi przez palce na niczym (wartościowym). Zgadzam się, że Hosseini jest obdarzony wyjątkowym talentem narracyjnym. Cieszę się, że mogłam dużo czasu spędzić z historią, która ciągle i niespodziewanie zmieniała swój bieg. „Tysiąc wspaniałych słońc.” Do ostatnich kartek musiałam czekać na rozszyfrowanie tytułu i wtedy zrobiło mi się realnie smutno. Być może inni wcześniej odczuliby to przy niejednym rozdziale, ale ostatnio mało rzeczy mnie wzrusza. (Rzadko skupiam się na życiu. Pewnie to źle, nawet nie wyciągam wniosków z lektur, jestem okropna.) Za to nie opuszczało mnie uczucie niesprawiedliwości w zderzeniu z realiami panującymi wtedy(przełom XX/XXI wieku) w Afganistanie i po raz kolejny z kulturą muzułmańską. Życie, jakiego nie chciałabym odczuć na własnej skórze. Nie będę ukrywać, że „Chłopiec z latawcem” bardziej przypadł mi do gustu, jeśli chodzi o treść i nastrój. Ale zauważyłam pewną cechę charakterystyczną (ciekawe, czy trzecia książka ją posiada). Autor lubi rozdzielać bohaterów bez pożegnania, najczęściej w tragiczny sposób, więcej, dopiero po latach dowiadują się, jaka prawda kryła się za konkretnymi sytuacjami, dalej, czasem odchodzą ze świata w niewiedzy, podczas gdy druga strona, a nawet trzecia, pozostaje z wiedzą, która nie przyda się na wiele. Przyniesie tylko ból, mówiący jak błędnie oceniało się gesty. To uwielbiam najbardziej. Wszyscy mamy słabości. Skrywamy milion myśli. Dopiero w obliczu śmierci się budzimy i przełamujemy bariery. Umierałam już wiele razy, wiem, o czym mówię. Ale widocznie nadal zbyt mało.

Dziękuję za książkę. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz