Minęło trochę czasu, zanim się zebrałam, a
potem minęło jeszcze więcej, zanim przeczytałam książkę, którą dostałam
na urodziny. Nie dlatego, że była nudna, wręcz przeciwnie, miło
ubogaciła mój czas, który w większości przepływał (i przepływa) mi przez
palce na niczym (wartościowym). Zgadzam się, że Hosseini jest obdarzony
wyjątkowym talentem narracyjnym. Cieszę się, że mogłam dużo czasu
spędzić z historią, która ciągle i niespodziewanie zmieniała swój bieg.
„Tysiąc wspaniałych słońc.” Do ostatnich kartek musiałam czekać na
rozszyfrowanie tytułu i wtedy zrobiło mi się realnie smutno. Być może
inni wcześniej odczuliby to przy niejednym rozdziale, ale ostatnio mało
rzeczy mnie wzrusza. (Rzadko skupiam się na życiu. Pewnie to źle, nawet
nie wyciągam wniosków z lektur, jestem okropna.) Za to nie opuszczało
mnie uczucie niesprawiedliwości w zderzeniu z realiami panującymi
wtedy(przełom XX/XXI wieku) w Afganistanie i po raz kolejny z kulturą
muzułmańską. Życie, jakiego nie chciałabym odczuć na własnej skórze. Nie
będę ukrywać, że „Chłopiec z latawcem” bardziej przypadł mi do gustu,
jeśli chodzi o treść i nastrój. Ale zauważyłam pewną cechę
charakterystyczną (ciekawe, czy trzecia książka ją posiada). Autor lubi
rozdzielać bohaterów bez pożegnania, najczęściej w tragiczny sposób,
więcej, dopiero po latach dowiadują się, jaka prawda kryła się za
konkretnymi sytuacjami, dalej, czasem odchodzą ze świata w niewiedzy,
podczas gdy druga strona, a nawet trzecia, pozostaje z wiedzą, która nie
przyda się na wiele. Przyniesie tylko ból, mówiący jak błędnie oceniało
się gesty. To uwielbiam najbardziej. Wszyscy mamy słabości. Skrywamy
milion myśli. Dopiero w obliczu śmierci się budzimy i przełamujemy
bariery. Umierałam już wiele razy, wiem, o czym mówię. Ale widocznie
nadal zbyt mało.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz