12.07.2013

761. Pozwól mi wejść.

Niedawno nie czułam ani kosmyka na ramionach, teraz pojedyncze pasma łaskoczą moją odkrytą skórę, gdy mam rozpuszczone włosy. Nie byłam przekonana do tego, że ścięcie powoduje u mnie ich lepszy wzrost, a jednak chyba tak jest. To jedyne wytłumaczenie, jakie mogłabym teraz przypisać temu zjawisku.
Chciałabym rozumieć więcej, choć nie jestem przekonana, czy powinnam. Czasem wiedza nie porządkuje myśli, a je rozbija.
Nie pamiętam hasła do swojego photobloga – porzuciłam go w zeszłym roku kwietniem, a teraz żaden z przypominających e-maili nie przychodzi na pocztę, choć wpisywałam wszystkie adresy, jakie posiadam. Próbuję kolejny tydzień, choć nie jestem przekonana, czy naprawdę chcę odnowić tam swoją obecność. Nie zmienia to jednak tego, że dostęp do konta byłby przydatny.
Zastanawiam się, co sprawia, że relacje między ludźmi przybierają inny kształt. Czy decyduje o tym konkretny moment, słowo, a może zmiana nastawienia jednostek? Chciałabym wiedzieć, jak bardzo różni się mój punkt widzenia od punktu widzenia innych na te same tematy. Ale ze mną z własnej woli nikt nie rozmawia, nawet na odległość. Tylko kilka wiadomości, które pocieszają. Momentami odnoszę wrażenie, że niezrozumiałe obawy odpychają ich od mojej osoby. Innym razem wydaje mi się, że to zwykła obojętność, którą potrafię zrozumieć, patrząc na swoje odbicie w lustrze. Widzę winę w sobie, a jednak są chwile, gdy nic się już nie klei, bo próbowałam wszystkiego, na co było mnie stać, a jednak nie zdarzyło się nic. Chciałabym wiedzieć, czemu ludzie tracą mną zainteresowanie jako człowiekiem.
Siedzę wpatrzona w telewizor, przekręcam kartki książek, robię herbatę lub odkurzam mieszkanie i próbuję zrozumieć mnóstwo rzeczy. Myślę, że pozostało mi tylko czekanie i budowanie w sobie zaufania do Pana świata. Chciałabym jednak zrozumieć, czemu snuję się bez energii. Rozumiem, że lekkie przeziębienie, pochmurna pogoda i brak kontaktu z przestrzenią, naturą i powietrzem oraz skłonności do depresyjnych stanów robią swoje, ale mimo to chciałabym rozumieć więcej i niesubiektywnie. Żeby ktoś przyszedł i mi wytłumaczył jak dziecku prawdę o świecie, w którym bytuję.
Myślę pozytywnie o niedzielnej rodzinnej imprezie, choć do niedawna nie byłabym zachwycona, broniąc się przed kontaktem. Upatruję w tym przygody i możliwości do zmiany otoczenia na kilka godzin. Brat dostał pracę i wyjechał w Polskę, więc będziemy podróżować autobusem – mój codzienny środek transportu przez dziewięć miesięcy w roku. Może to dziwne, ale zawsze czuję się, jakby każde przygotowanie do wyjścia, a potem stąpanie w butach, których nie zakładam na co dzień, przeistacza mnie w aktorkę. Jestem sobą, a jednak nie do końca. Z wyczuciem obserwuję świat i każdy swój ruch. Jest coś wyjątkowego w każdym wyjściu, gdy codzienność ociera się niemal o absurd. Wszystko jest piękne, nawet najsmutniejsza sytuacja, która potyka nas po drodze.
Czytam książki o malarzach XIX i XX-wiecznych. Zadziwia mnie, że każdy podróżował do zagranicznych krajów, choć z drugiej strony momentami klepali biedę. Bycie artystą i poświecenie życia dla jednego zajęcia, które nie przynosiło wtedy nic pewnego, bo było się zawsze na początku nikim, wydaje się przygnębiające w świetle suchych, prawie encyklopedycznych życiorysów. Gdyby nie urywki listów oraz cały rzut na epokę i kręgi znajomych, w jakich przebywali, wydawać by się mogło, że nie opuszczali pracowni. Przełom wieków był piękny z całym pesymizmem unoszącym się wraz z papierosowym dymem, który wypełniał kawiarnie.
Słucham ostatnio koncertów Bacha na skrzypce i soundtracku „Jai Ho” z filmu, którego nie oglądałam – „Slumdog Millionaire” oraz piosenek z japońskiego krążka koreańskiego zespołu. Co za różnorodność, prawda?
Obejrzałam kolejny film, tym razem ze Szwecji. „Pozwól mi wejść„. Oznaczony jako horror okazał się błędnie zaklasyfikowany, bo koneserzy tego gatunku na pewnie nie znajdą w nim tego, czego mogliby szukać. Zbyt spokojny, miało brutalny i wcale nie straszny. Horrorów nie lubię, więc byłam mile zaskoczona, nawet krwawymi scenami. Trochę napięta, a nawet momentami senna, lecz ostatecznie tajemnicza aura unosząca się nad krajobrazami zimy była przyciągająca. Zasiadłam do film bez sprawdzania, o czym dokładnie jest. Po prostu mignął mi w polecanych. Blond włosy dzieciak o nietypowej urodzie miał w sobie coś urzekającego. Jego koleżanka o dużych oczach, która wprowadziła się świeżo na przeciwko, również. Ale przede wszystkim scenariusz był ciekawy. Historia została opowiedziana. (Jest książka, na podstawie, której został opracowany scenariusz – muszę przeczytać.) Może dla niektórych zbyt przypominająca mroczną bajkę.
Już mignęła mi informacja o tym, że istnieje remake. Nie rozumiem tego zabiegu w kinie. Głównie to Amerykanie biorą się za takie rzeczy; pewnie dla pieniędzy. Ostatnio wyszła gorąca zapowiedź przeróbki filmu południowokoreańskiego „Oldboy”. Do tej pory spotkałam się z podobnymi opiniami w związku z tą sytuacją; wszyscy uważają to za nonsens i porażkę. Chyba to kolejny film, który powinnam obejrzeć tego lata. Oczywiście oryginał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz